Czy szef działu danych i analiz w dużej korporacji może spakować plecak i na dwa miesiące wyjechać z żoną do Indii? Może i wcale nie musi być to jego jednorazowa przygoda. Arkadiusz, 32-latek mieszkający w Warszawie, był też miesiąc w Iranie, na Bałkanach i na Ukrainie. Jeszcze na studiach w podobny sposób zwiedził Rosję i USA. Wtedy spodobały mu się dalekie
podróże i postanowił, że praca nie będzie mu przeszkadzać.
Jedyna różnica w wyjazdach wtedy i teraz polega na konieczności załatwienia wielu spraw na zapas, ale organizacja to mocna strona Arkadiusza. Żeby wyjechać na dwa miesiące do Indii, nie potrzebował bezpłatnego urlopu. Podróż zaplanował na przełomie roku, wykorzystując przysługujące mu dni wolne. - Znalezienie czasu to jedno, ale do takiego wyjazdu potrzebny jest przede wszystkim wyrozumiały pracodawca - mówi. - Czasem się bałem, że mogę po prostu nie dostać zgody, jednak za każdym razem się udawało. W sumie wolne dawały mi trzy lub cztery osoby.
Do nieobecności musiał się za każdym razem solidnie przygotować. Pamięta, gdy siedział w pracy do godz. 22 i w weekendy.
Dzisiaj Arkadiusz sam jest szefem i nie zapomina, jak duże znaczenie ma dobry wypoczynek. - Po co ma się urlop? Przede wszystkim żeby odpocząć, a potem lepiej pracować. Wyrzucić z głowy śmieci i być na nowo efektywnym. Jak widzę, że któryś z moich pracowników siedzi przed monitorem i nie jest w stanie nic zrobić, to mówię, żeby wziął sobie dzień lub dwa wolnego. To pomaga - przekonuje.
Zostawienie zespołu nawet na dwa miesiące nie jest dla niego problemem, bo ufa swoim ludziom. - Są pewne powtarzalne czynności, dzięki którym ta maszyna sprawnie działa. Jeżeli pracownicy będą mieli okazję wykazać się w nowej sytuacji podczas mojej nieobecności - super. To dla nich genialne ćwiczenie - zapewnia.
A co z samym wyjazdem? Cała przyjemność zaczyna się dla niego od planowania, razem z żoną kupują przewodniki, czytają informacje w internecie i wieszają mapę z zaznaczoną trasą wyjazdu. - Na miejscu wszystko zmienia się dziesięć razy, ale takie poczucie minimalnej kontroli bardzo się przydaje - opowiada. Przez pierwsze dni wyjazdu jest trochę niespokojny, w Bombaju kilka razy sprawdzał służbową pocztę, wkurzały go opóźnienia pociągów. - Dopiero po jakimś czasie jestem w stanie w pełni wyluzować. To konieczne, żeby nie popaść we frustrację. Każdy wyjazd to jakaś choroba i przygoda. Na przykład w Meksyku miałem wypadek samochodowy z dachowaniem, a w Indiach moją żonę ugryzł pies i do planu wycieczki musieliśmy wpisać szpitale, żeby mogła otrzymywać zastrzyki przeciwko wściekliźnie.
Pod koniec pobytu zaczynał już tęsknić za domem i uporządkowanym życiem. - Człowiek ma potrzebę pracy, więc jak się długo obija, to potem chce coś robić - żartuje Arkadiusz. - Kolega mi powiedział, że on nigdy w życiu nie wyjechałby na tak długo, bo nie mógłby tego wszystkiego zaplanować. Ja to robię, bo moja filozofia brzmi: "Żeby dobrze pracować, trzeba mieć coś z życia". Na długich wyjazdach lepiej odpoczywam. Czasem brakuje mu dni wolnych dni, kiedy np. wszyscy w firmie mają długi weekend, ale nie narzeka. - Jak będę miał dzieci, to długie wyjazdy pewnie się zmienią. Będę musiał inaczej zarządzać czasem - tłumaczy.
Wypadek murowany Joanna ma 27 lat, pracuje w dużym stołecznym wydawnictwie. W tygodniu prawie na nic nie ma czasu, ciągle coś załatwia i dopina na ostatni guzik. Dla zachowania równowagi wykorzystuje każdą okazję, żeby wyjechać z miasta i odpocząć. - Chyba nie było jeszcze długiego weekendu, który razem z narzeczonym spędzilibyśmy w domu. Ale takie krótkie wypady w Polskę to tylko przerywnik, prawdziwy urlop musi trwać co najmniej trzy tygodnie - przekonuje. - Długi wyjazd, do którego trzeba przygotowywać się z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, to spore wyzwanie. Kupuje się
bilety lotnicze w okazyjnej cenie, zbiera niezbędny sprzęt, robi szczepienia. To wszystko nie tylko zajmuje czas, lecz także kosztuje, dlatego warto podzielić taką wyprawę na etapy.
W zeszłym roku wybrali się do Azji. Zwiedzili Tajlandię, Malezję i Singapur. - Październikową trzytygodniową nieobecność zakomunikowałam szefowej już w kwietniu. Miesiąc przed wyjazdem przygotowywałam dokładny
grafik projektów, które prowadziłam, żeby osoba, która mnie zastąpi, wiedziała, co robić - opowiada.
Psychicznie urlop zaczęła kilka godzin przed wylotem. Wyłączyła służbowy telefon. - Doszłam do wniosku, że w mojej firmie pracuje tyle osób, że po pierwsze, zawsze ktoś mnie zastąpi, a po drugie, dlaczego wszystkie dramaty miałyby się wydarzyć akurat pod moją nieobecność? Nie dajmy się zwariować.
Z jej doświadczenia wynika, że dalekie wyjazdy są nie tylko dla wybranych. Odpowiednie planowanie pozwala sporo zaoszczędzić. - Pojechaliśmy kilka tygodni przed sezonem. Nocleg w hotelu kosztował 150 zł zamiast 700 zł i jeszcze dostaliśmy czwartą noc gratis. Nie trzeba wszędzie nurkować, spać w pięciogwiazdkowych hotelach i korzystać z typowo turystycznych atrakcji. Na miejscu zawsze sugerowaliśmy się tym, co usłyszeliśmy od ludzi spotkanych po drodze, to oni mówili nam, co i gdzie naprawdę warto zobaczyć - przekonuje. W Tajlandii nie obyło się bez przygód. - Praktycznie każdy obcokrajowiec, który wsiada tam na skuter, ma wypadek. Nie mogliśmy być gorsi. Poobijaliśmy się i poobcieraliśmy. Ale to nie był największy problem. Przemieszczaliśmy się z Tajlandii do Malezji. Wszystko było przygotowane, wykupiliśmy przejazd w jednej z tamtejszych agencji turystycznych i ruszyliśmy w drogę małym busem. Podróż trwała dobę. Na dodatek
kierowca zgubił się i wysadził nas w jakimś dziwnym miejscu, którego nie mieliśmy w planach. Zostaliśmy bez tamtejszych pieniędzy. Cud, że prom, który płynął w kierunku, który nam pasował, był bezpłatny - dziś to ciekawa historia dla znajomych, ale wtedy nie było jej do śmiechu.
Mimo chwilowych niedogodności trzy tygodnie wolnego pozwoliły jej naładować akumulatory na pięć miesięcy. - Nie wiem, kiedy minął mi listopad, zaraz potem były święta, a ja ciągle miałam energię do pracy - wspomina.
W tym roku ruszają na podbój Indonezji. Bilety na samolot muszą kupić w ciągu kilku dni, inaczej stracą korzystną ofertę, a - jak mówi Joanna - przy długich, egzotycznych wyjazdach zasada jest jedna: "Im lepiej przygotujesz się w Polsce, tym dalej pojedziesz".
Pomocny Szwajcar i zimna Islandia Żeby przekonać się o ludzkiej bezinteresowności, Łukasz, 27-letni bankowiec pochodzący z Olsztyna, musiał pojechać aż na Islandię. Trzytygodniowy urlop zaplanował na lipiec. Średnia temperatura na wyspie wynosi ok. 11 stopni Celsjusza, a słońce zachodzi zaledwie na 3-4 godziny. Dla przeciętnego turysty to koszmar, który poza zimnem oznacza głównie problemy ze snem i poczucie chronicznego przemęczenia. Ale to go nie zniechęciło. - Po roku na studiach w Norwegii tak zakochałem się w tamtejszych krajobrazach i klimacie, że zacząłem ich szukać również w innych zakątkach świata - tłumaczy.
Islandię (tak jak Norwegię) postanowił zwiedzić na rowerze. Na wycieczkę musiał pojechać sam. - Na etapie snucia planów chętnych nie brakowało, a potem zaczęły się tradycyjne problemy, czyli brak możliwości wzięcia wystarczająco długiego urlopu, zmiana pracy itd. Byłem wkurzony, ale w trakcie podróży zauważyłem sporo plusów. Ludzie chętniej do mnie podchodzili, zagadywali, pytali, skąd jestem i dokąd jadę.
Podczas wyjazdu pokonał blisko 2 tys. kilometrów, z czego 90 proc. przejechał na rowerze. Resztę przeszedł lub podjechał stopem i autobusem. Temperatura w ciągu dnia skakała do kilkunastu stopni, żeby zatrzymać się trochę ponad zerem w nocy. To ważne, jeżeli - tak jak Łukasz - nocuje się w namiocie. - Rower ma bagażnik, do którego przyczepione są sakwy i wszystko, co niezbędne do przeżycia. Czyli śpiwór, karimata, namiot. Pewnego dnia bardzo wiało, w uszach słychać było tylko szum wiatru, który zagłuszał jadące
samochody. Wtedy musiałem stracić śpiwór. Nie miałem wyboru, musiałem zacząć szukać hotelu - opowiada.
Problem w tym, że Islandia jest stosunkowo drogim krajem. Jedna noc kosztowałaby prawie wszystko, co miał do końca wyjazdu. - Byłem zrezygnowany. Po wyjściu z jednego z hoteli wybiegł za mną pewien Szwajcar, który usłyszał moją rozmowę z obsługą. Powiedział, że w bagażniku samochodu wozi zapasowy, stary śpiwór armii szwajcarskiej z 1976 roku i może mi go oddać. Był duży i ciężki, ale nie ma co ukrywać - uratował mi wyjazd.
W styczniu tego roku wyjechał ponownie. Tym razem na 23 dni. Dla odmiany odwiedził Meksyk, Gwatemalę, Honduras i Belize. - W Polsce kupiłem tylko bilety lotnicze, całą resztę załatwiłem na miejscu. To znacznie ogranicza koszty.
Długie wyjazdy weszły mu w krew. - Jeżeli nie mam w perspektywie tego, że już za tydzień muszę wracać do swoich obowiązków, to w ogóle nie myślę o pracy.
Działka, grzyby i brak kasy Jolanta jest po trzydziestce, mieszka w Warszawie. Nie chce powiedzieć o sobie zbyt wiele, bo - jak twierdzi - nie ma się czym pochwalić. Przygodę z długimi urlopami zaczęła mniej szczęśliwie niż poprzednicy. - Gdy narzeczony zostawił mnie kilka lat temu, kompletnie się załamałam. Całymi dniami albo płakałam, albo katowałam się pytaniem: "Dlaczego to zrobił?". Żeby nie zostać wyrzuconą z pracy, wzięłam cztery tygodnie wolnego - opowiada. - Nie byłoby to możliwe, gdyby nie wyrozumiała szefowa i kolega z działu, który przełożył własny wypoczynek.
Pierwszy długi urlop nie należał co prawda do udanych, ale pokazał Jolancie, że dzięki czterotygodniowej przerwie w pracy ma ochotę do niej wrócić. - Od dziecka lubiłam początki. Pójście do nowej klasy, szkoły, pierwszy dzień wakacji. To mi zawsze dawało silne poczucie zmiany, mimo że tak naprawdę wszystko było po staremu. Po długiej nieobecności w pracy poczułam się prawie tak jak dawniej 1 września. Kupiłam kwiatka na biurko, postawiłam ramkę ze zdjęciem rodziców, a na monitorze ustawiłam zdjęcie jakiejś egzotycznej plaży - biały piasek, palmy. Że niby tam pojadę za rok - wspomina.
Plany dalekiej podróży pokrzyżowała jej jednak proza życia. Kupiła mieszkanie na kredyt, nie dostała obiecanego awansu ani podwyżki, a w międzyczasie frank poszedł w górę. - W połowie roku uświadomiłam sobie, że nie stać mnie na wakacje. Nie tylko egzotyczne - na żadne. Na powtórkę z rozrywki w postaci miesiąca spędzonego na kanapie przed telewizorem nie miałam ochoty - wspomina. Pomoc zaoferowała znajoma, która kilka lat temu odziedziczyła działkę po dziadkach w podwarszawskich Szczakach. - To był kawałek trawnika z kilkoma grządkami zaniedbanych truskawek, starą jabłonką i chatką z łatanym dachem - żartuje Jolanta. Koleżanka powiedziała tylko: "Masz klucze i rób, co chcesz". No to wzięła urlop na cały wrzesień, spakowała kalosze i pojechała. - Ludzie zastanawiali się, co ja mogłam tam robić przez ten czas. Oni do odpoczynku potrzebowali hotelu z basenem, a mi musiały wystarczyć: pielenie ogródka, grabienie liści, chodzenie na grzyby, wycieczki rowerowe i czytanie książek. Czasem ktoś mnie odwiedzał, ale w domku nie było warunków do spania dla więcej niż dwóch osób, więc o imprezach nie było mowy. Mimo tych niedogodności bardzo odpoczęłam. Czasem ktoś poprosił mnie o pomoc np. przy sprzątaniu ogródka, to jeszcze dorobiłam. Na ratę kredytu nie wystarczyło, ale na jajka do zebranych grzybów - już tak - żartuje.
W tym roku na działkę się nie wybiera. - Urlop zaplanowałam na cały październik. Na tydzień pojadę na wycieczkę za granicę, ale jeszcze nie wiem gdzie. Wszystko zależy od atrakcyjności ofert last minute. Na resztę coś sobie wymyślę. Świadomość, że na miesiąc zniknę z pracy i przerwę tym samym monotonię, już jest powodem do radości.