ANETA ZADROGA: Mówi pani o tym, że dziś w Tesco jest trzykrotnie mniej pracowników niż jeszcze dwa lata temu. Ale zadań do wykonania chyba nie ubywa?ELŻBIETA FORNALCZYK: A wręcz przybywa, bo sklepy się nie skurczyły. Kierownictwo zwalnia bez mrugnięcia okiem, pracy do wykonania zostaje tyle samo, a nowych pracowników nie ma. Kiedy zaczynałam pracę na kasie w Tesco w Tychach kilka lat temu, były tam 93 kasjerki. Dziś jest ich 37. Podobnie jest w poszczególnych działach, chociażby wędliniarskim. Kiedyś na jeden dział przypadały cztery ekspedientki, dziś są dwie. A klienci stoją w długich kolejkach i coraz bardziej się denerwują. Na nowe etaty nie ma albo pieniędzy, albo chętnych. Bo kto chciałby pracować ponad normę za tysiąc złotych?
Pani pracuje...- Moja podstawowa pensja to 1587 zł brutto. Na rękę niecałe tysiąc sto złotych. Są oddziały, w Krakowie czy Warszawie, gdzie można dostać o kilkaset złotych więcej. Takiej pracy nie chcą nawet studenci. O premiach można zapomnieć. Podział obowiązków to też często fikcja, bo przecież pomaga się koleżankom, kiedy nie nadążają z obsługą klientów. Mówię "koleżankom", bo większość pracowników Tesco to kobiety, najczęściej w wieku 40-50 lat. Ludzie się dziwią, że można iść do pracy na kasie, ale jak 50-latka straci etat, to dzisiaj na atrakcyjną posadę raczej nie ma co liczyć. Zostaje jej kasa. Mężczyzn tam nikt nie uświadczy. Wiedzą, że kasa to nie tylko kontakt z klientem, ale też kilka, kilkanaście ton dziennie przerzuconego towaru. Poza miłym usposobieniem trzeba więc do tej pracy kondycji ciężarowca.
Mężczyźni w Tesco nie pracują? Przecież to nieprawda.- Pracują. Ale bardzo nieliczni. Około 20 proc. całej załogi to panowie. Nawet bezrobotni górnicy pracę na kasie uznają za cięższą niż w kopalni i upokarzającą. Czasami trafi się emeryt, który dorabia parę złotych. Kiedyś było więcej studentów, ale widocznie ciężka, często fizyczna praca w hipermarkecie, na pół czy trzy czwarte etatu, czyli kilkaset złotych, jest przez nich coraz mniej pożądana.
Wszystko spada na kobiety?- Czujemy się jak niewolnice, takie mrówki, które pracują w nocy, po 12 godzin. Sieć sklepów Tesco przeszła na nocny tryb towarowania, czyli towar jest układany na półkach w nocy. Robimy to na hali z przykręconym dla oszczędności światłem i ogrzewaniem. Tyle że
to, co położymy, sprzedaje się do południa, a wieczorem na tych półkach prawie nic nie ma, bo brakuje osób, które mogłyby dołożyć produkty. Sklepy tracą na takiej oszczędności na pracownikach. Tracą klientów, bo kto będzie chodził do marketu, gdzie brakuje co drugiego produktu. Ale chyba na razie nikt tego nie zauważa. Poza kupującymi.
Rozmawia pani z kierownictwem. Są jakieś szanse na zmiany?- Na razie mówię o naszej sytuacji tak głośno, jak tylko się da. Wszystkim, którzy chcą słuchać. Ostatnio spotykałam się z dyrekcją w Tychach i Krakowie. Szefostwo ma swoje badania i twierdzi, że liczba pracowników jest wystarczająca. Ale jak można tak mówić, skoro w jednym z marketów na 28 kas czynne są cztery. Żeby rozładować nieco kolejki przy kasach, przerzuca się tam ekspedientki z warzywniaka, gdzie też gromadzą się niecierpliwi klienci i koło się zamyka. Bez nowych pracowników problemu się nie rozwiąże.
* Elżbieta Fornalczyk jest przewodniczącą Komisji Zakładowej Wolnego Związku Zawodowego "Sierpień '80" w Tesco i organizatorką pierwszego w kraju strajku w tyskim hipermarkecie.