Janek, 32-letni analityk z Warszawy, kilka miesięcy temu rzucił posadę w centrali jednego z banków. - To ryzykowne, kiedy wszyscy trąbią o kryzysie, ale nie mogłem już wytrzymać atmosfery w
pracy. Miałem wrażenie, że tylko ja zasuwam, a wszyscy dookoła celowo utrudniają mi życie i wdają się w jakieś dziwne gierki. Drażniło mnie wszystko - śmiech kolegi siedzącego dwa biurka dalej lub to, że pewna dziewczyna jadła codziennie
kanapki z jajkiem. Od samego ich zapachu robiło mi się niedobrze. Te drobiazgi kompletnie odwracały moją uwagę od obowiązków. A przecież nie powinno mnie to w ogóle obchodzić!
Janek wciąż szuka pracy, omijając korporacje szerokim łukiem. Jak mówi, od niedawna ważniejsza od pieniędzy jest dla niego atmosfera. Jak funkcjonować w grupie lub nią zarządzać, kiedy nie wszystko i nie wszyscy ze sobą współpracują?
Rozmowa z dr Anną Hełką* Marta Piątkowska: Zgrany zespół to...? Dr Anna Hełka: Jest efektywny, radzi sobie w różnych sytuacjach, rozwiązuje problemy i jest spójny. Jego członkowie utożsamiają się z grupą i mają wspólny cel. Rzadziej popadają w konflikty i częściej idą na kompromis. Są względem siebie życzliwi. Prosty przykład: robią sobie nawzajem kawę. Oczywiście, zdarzają się tarcia, ale z tym nie ma co walczyć, bo różnice poglądów często okazują się stymulujące. Zgrany zespół to coś więcej niż grupa przypadkowych ludzi.
Brzmi to tak dobrze, że prawie nierealnie.
- Wiadomo, że bywa różnie. Zespół to delikatny twór, który pod wpływem różnych czynników potrafi zachwiać się w posadach, a nawet runąć.
Niekiedy grupa ludzi jest w stanie pracować ze sobą tylko przez jakiś czas. Z równowagi wytrąca ich pojedynczy awans, odejście lub przeniesienie ważnego ogniwa, urlop macierzyński czy chociażby zmiany organizacyjne. Kiedy od ludzi zaczyna się wymagać nowych rzeczy lub innych zachowań, istnieje prawdopodobieństwo, że część z nich się pogubi. Staną się sfrustrowani i powoli zaczną umacniać się w przekonaniu, że kompletnie nie pasują do nowej roli i nie potrafią się w niej odnaleźć.
Ich uwaga zacznie coraz bardziej skupiać się na poczuciu sprawiedliwości i równości niż pracy.
Zaczną patrzeć sobie nawzajem na ręce? - Badania pokazują, że ludzie nie najlepiej radzą sobie z poczuciem niesprawiedliwości, która może dotyczyć na przykład wysokości wynagrodzeń. Pojawiają się pytania: - Dlaczego on/ona dostaje więcej lub tyle samo co ja, skoro to moja
praca jest bardziej wartościowa? Kłopot w tym, że własne starania postrzegamy inaczej niż innych osób. Wydaje nam się, że pracujemy bardzo dużo, a inni bardzo mało. Dzieje się tak, ponieważ ciężar naszej pracy dźwigamy na co dzień, a obowiązki innych obserwujemy wybiórczo. W efekcie nie zdajemy sobie sprawy z tego, co robią inni. Podczas szkoleń staram się tłumaczyć kierownikom, że członkowie zespołu muszą dokładnie wiedzieć, co kto robi w grupie, że ludzie robią coś innego, ale nie jest to ani łatwiejsze, ani nie zajmuje mniej czasu.
Druga sprawa to poczucie nierówności. W naszym kraju już pięciolatki podkreślają, jak ważny jest dla nich sprawiedliwy podział. To norma przekazywana pokoleniowo, być może wciąż pokutują u nas lata komunizmu, kiedy bardzo dbano, żeby inni nie mieli więcej. Tymczasem równość nie zawsze oznacza pięćdziesiąt na pięćdziesiąt.
Prawda jest taka, że ciężko wyobrazić sobie chociażby jawny system wynagrodzeń, który wszystkim wydawałby się sprawiedliwy. Jawne powinny być kryteria tego, co jest nagradzane, a co karane. Pułapką są też uznaniowe benefity i premie, bo to zawsze budzi niejasności co do uczciwości w ich przyznawaniu.
Co w takim razie motywuje pracowników? - Jednych małe, miesięczne premie, innych większy zastrzyk gotówki raz do roku, a jeszcze innych pochwała ustna. Znam przykład, kiedy pytano najlepszych pracowników o to, jaki miałby być bonus roczny, ale miała to być nagroda rzeczowa. Jeden z pracowników powiedział, że chciałby dostać szafę, bo robi remont
mieszkania.
Ważne, żeby ludzi w ogóle informować o tym, że dobrze pracują. Wtedy są spokojniejsi, bardziej pewni swojej roli i pozycji w grupie, a więc mniej popadają w konflikty i niezdrową rywalizację.
No właśnie, jak to jest z tym współzawodnictwem: pomaga, przeszkadza, motywuje? - Pozytywnie wpływa na motywację i pozwala ocenić efekt naszej pracy. Ja sprzedałam 15 książek, a Kasia 25, czyli powinnam się podciągnąć. Człowiek bardzo źle się czuje, kiedy nie wie, jak wywiązuje się ze swoich zadań. Informowanie o tym co prawda powinno być rolą szefa, ale nie oszukujmy się, nie wszyscy rozmawiają ze swoimi pracownikami.
Taka sytuacja pozytywnie wpływa na tych, którzy mają dobre wyniki, reszta może się zniechęcić. I to jest druga strona medalu. Tam, gdzie ktoś wygrywa, ktoś inny musi przegrać.
Dodatkowo rywalizacja może grozić spadkiem motywacji wewnętrznej. Nie odczuwamy satysfakcji z pracy, tylko skupiamy się na wyniku. Co będzie, jak przegramy? Poczucie klęski i zawiedzione nadzieje.