Jak Polaka zatrudniali - rekrutacja kiedyś i dziś

Marta Piątkowska
18.09.2012 , aktualizacja: 18.09.2012 12:57
A A A
Inżynier Stefan Karwowski, czyli filmowy Czterdziestolatek

Inżynier Stefan Karwowski, czyli filmowy Czterdziestolatek (Kadr z serialu)

Kiedyś niosło się podanie i dostawało pracę. Później pracę zmieniało się tylko na lepszą. Dziś - sprawdza się wszystkie punkty w CV, a pracę dostają najlepsi z najlepszych. Oto historia rekrutacji w Polsce
Przed 1989 rokiem działy zarządzania zasobami ludzkimi (ang. human resources - HR ) nie istniały. Zatrudnieniem zajmowały się kadry, których głównym zadaniem było pilnowanie spraw formalnych - umowy, wypłaty pensji, obliczanie nadgodzin itd.

Główny Urząd Statystyczny nie badał stopy bezrobocia. Wiadomo, że w latach 70. i 80. pracę miało kolejno 16,4 mln i 17,8 mln osób, czyli ponad 80 proc. dorosłych.

- To efekt obowiązku pracy. Każdy, kto osiągnął odpowiedni wiek, musiał z życiorysem stawić się w zakładzie lub biurze zatrudnienia. Często pośrednikiem była także szkoła lub wojsko. O tym, czy będziemy mieć lepiej, czy gorzej, w dużej mierze decydowały relacje i znajomości, bo kompetencje i umiejętności nie były aż tak istotne - komentuje Dorota Zabłocka, starszy menedżer oddziału w agencji zatrudnienia Randstad, rekruterka z 9-letnim doświadczeniem. - Normalnym było, że w jednym miejscu pracowało się do emerytury. Jak ktoś zmieniał pracę, bo np. w innym zakładzie był żłobek przyzakładowy, to po prostu przenosił dokumenty - dodaje.

Podobnie wspomina tamte czasy Anna Walkiewicz, która 40 lat przepracowała w Filmotece Narodowej. Zaczęła od stanowiska młodszego archiwisty, skończyła na funkcji kustosza. - Pod względem zatrudnienia to był okres pozornego komfortu. Wiedzieliśmy, że znajdziemy pracę, ale musieliśmy się godzić na niskie zarobki i konieczność pracy w miejscy meldunku. Miałam szczęście, bo zawód, który wykonywałam, szybko stał się pasją, ale nie wszystkim się tak powiodło. W efekcie mało kto w pełni angażował się w to, co robił. A jeśli jeszcze miał szefa, który go nie pilnował, to w zasadzie nie musiał kiwnąć palcem. Ludzie nie szanowali pracy, bo było oczywiste, że jak nie tu, to gdzie indziej ją dostaną. Od młodych, którzy dopiero wchodzili na rynek, nie wymagało się doświadczenia, życiorys zawierał głównie dane osobowe i przebieg edukacji. Kiedy dokumenty wstępnie przyjęto, szło się na rozmowę z przełożonym, który przedstawiał warunki pracy. Jeżeli kandydat był z nich zadowolony, a najczęściej był, bo nie miał innego wyboru, to zaczynał pracę. Tamte pokolenia pracowników nie musiały się tak straszliwie napinać i udowadniać na każdym kroku, ile są warci, bo nie było wyścigu szczurów. Te czasy nastały później.

Kariera po amerykańsku

W styczniu 1990 r. GUS po raz pierwszy podaje stopę bezrobocia - w styczniu wynosi zaledwie 0,3 proc., ale w przeciągu 12 miesięcy rośnie do 6,5 proc. Później jest już tylko gorzej. W 1995 r. pracy nie ma już ponad 16 proc. Polaków.

- Przemiany polityczno-gospodarcze, które nastąpiły po 1989 r., odbiły się na rynku pracy. Zakłady, które do tej pory dawały zatrudnienie nawet tym, których tak naprawdę nie potrzebowały, polikwidowano. Nieraz całe miasteczka rejestrowały się w urzędach pracy, które szybko przestały radzić sobie z problemem - opowiada Dorota Zabłocka. - Prywatni pracodawcy zaczęli wymagać od pracowników konkretnych umiejętności, a część z nich ich po prostu nie miała. Bezrobocie szybowało w górę. Po drugiej stronie znaleźli się absolwenci studiów wyższych i osoby przedsiębiorcze, dla nich wolnorynkowe realia to była trampolina do sukcesu.

Monika Górska-Siuciak, dyrektor w Dziale Rekrutacji i Selekcji w firmie doradztwa personalnego BIGRAM, dodaje: - Jeżeli ktoś wtedy miał MBA, to mógł przebierać w ofertach. Wystarczyło też ukończenie renomowanej uczelni i znajomość chociaż jednego języka obcego. To były atuty gwarantujące zatrudnienie, dziś postrzegane jako standard.

W czasie, kiedy większość Polaków oswajała się z nowymi realiami, w większych firmach, głównie z kapitałem zagranicznym, działy kadr powoli zaczęły się przekształcać się w działy zarządzania zasobami ludzkimi. Zmiany dokonywały się na naszych oczach, choć nie zawsze byliśmy ich świadomi. Kiedy w 1992 r. w Warszawie przy skrzyżowaniu ulic Marszałkowskiej ze Świętokrzyską otwierał się pierwszy McDonald's, poza hamburgerem nad Wisłę zawitała amerykańska kultura korporacyjna i polityka zatrudnienia.

Małymi krokami zmieniały się również oczekiwania względem pracowników. Na rozmowach kwalifikacyjnych obok potencjalnego przełożonego siedziała osoba z działu HR, której zadaniem było zbadać kompetencje i umiejętności kandydata. Najczęściej była to rozmowa kwalifikacyjna. Selekcja była lepsza, ale wciąż pozostawiała wiele do życzenia.

Głównym źródłem docierania do pracowników były gazety z ogłoszeniami. W tym czasie poniedziałkowy dodatek GazetaPraca.pl traktowany był jako najważniejszy nośnik ogłoszeń. Ofert szukali w nim wszyscy: od dyrektorów i prezesów po robotników.

Druga połowa lat 90. to również początki działalności agencji pracy, które świadczyły usługi głównie na rzecz zagranicznych korporacji, które znały rozwiązanie pośrednictwa w zatrudnianiu.

Coraz więcej pytań

Na początku drugiego tysiąclecia bezrobocie wynosi prawie 14 proc. Dużo, ale już w 2002 r., kiedy przyjdzie kryzys, wzrośnie do rekordowych 20 proc. i utrzyma się na zbliżonym poziomie do 2006 r.

- Bardzo trudno było znaleźć pracę, rynek nie był spokojny, a od pracowników zaczęto wymagać większych kompetencji, i to popartych doświadczeniem, a nie dyplomem. Firmy nie mogły pozwolić sobie na złe decyzje kadrowe, bo nikogo nie było stać na to, żeby uczyć się na błędach - tłumaczy Dorota Zabłocka.

Niekorzystne realia zmusiły działy HR - które zastąpiły kadry w większości średnich i dużych firm - do sięgnięcia po nowe metody pozyskiwania i selekcji kandydatów. Pojawiają się pierwsze internetowe serwisy rekrutacyjne, gdzie szuka się głównie pracowników wyższego szczebla - skoro znaleźli ogłoszenie za pomocą nowych możliwości, znaczy, że trzymają rękę na pulsie. Ogłoszenia w prasie powoli zaczynają dotyczyć jedynie kadry średniego i niższego szczebla oraz ogłoszeń drobnych.

Coraz więcej firm decyduje się na zatrudnianie pracowników przez agencje pracy - jest szybciej, łatwiej i taniej.

Rekruterzy poza CV i listem motywacyjnym od jakiegoś czasu przeprowadzają testy psychologiczne, ktoś każe rysować drzewo, kto inny - powiedzieć, do jakiej figury geometrycznej porównuje się kandydat. Popularne są również zadania logiczne, które mają pokazać sposób myślenia rekrutowanego.

Gdzie ta robota?

Polska wychodzi z kryzysu. W najlepszym momencie 2008 r. stopa bezrobocia wynosi zaledwie 8,8 proc., i to najlepszy wynik od 17 lat. Przez chwilę to pracownicy dyktują warunki. Pracę można dostać praktycznie przez telefon, odpowiadając na ogłoszenie drobne. Coraz popularniejsze stają się umowy cywilnoprawne (zlecenia i o dzieło).

Osoby, które mają jakieś doświadczenie i ukończone studia, pną się po szczeblach kariery. To okres najwyższych pensji i najlepszych benefitów. Wystarczy zawalczyć o swoje.

Sytuacja korzystna dla pracowników nie trwa jednak długo. Na początku 2009 r. bezrobocie skacze do ponad 10 proc., a zza oceanu dochodzą pierwsze pogłoski o kryzysie gospodarczym, który rozleje się również na Europę. - Większość pracowników zignorowała ostrzeżenia i dalej cieszyła się korzystnymi warunkami. Twarde lądowanie nastąpiło pod koniec roku. To była właściwie kwestia kwartału, kiedy rynek pracownika zmienił się w rynek pracodawcy i taki pozostał - przypomina Górska-Siuciak. - Chociaż nasza gospodarka wydawała się stabilna, to firmy z zagranicznym kapitałem, które do tej pory napędzały rynek, zaczęły robić u nas oszczędności.

Informacji o zwolnieniach przybywało, a ofert pracy nie. Bezrobotni jeszcze długo wspominali dobre czasy i odrzucali oferty - z ich zdaniem - zbyt niskimi pensjami. - Dla wielu otrzeźwienie przyszło po kilku miesiącach poszukiwań, kiedy zrozumieli, że lepiej już nie będzie. Dopiero wtedy zaczęli godzić się na niższe pensje, mniejsze benefity i inne niż etat warunki zatrudnienia - mówi Górska-Siuciak.

W następnych latach rynek powoli wchłaniał najlepszych specjalistów, choć robił to już na innych zasadach. Na stawianie własnych warunków mogą pozwolić sobie jedynie osoby, których pozycja zawodowa jest na tyle silna, ze firma zgodzi się na wiele, żeby móc mieć ich w swoich szeregach.

W lipcu 2012 r. bezrobocie wynosiło 12,3 proc. - przed nami skok do co najmniej 13 proc., a niektórzy wieszczą, że nawet do 14 proc. Ekonomiści ostrzegają przed kolejną zapaścią gospodarczą, a działy HR stają na głowie, żeby z zalewu kandydatów wybrać najlepszych.

- Rekrutacje rozszerzają się o nowe rozwiązania. Kompetencje i umiejętności sprawdzane są w praktyce. Kandydaci muszą rozwiązywać zadania, robić biznesplany, przeprowadzane są stresujące konfrontacje. Wszystko po to, żeby wybrać najlepszych z najlepszych, którzy w niestandardowych okolicznościach nie stracą głowy - wymienia Dorota Zabłocka z Randstad.

Monika Górska-Siuciak dodaje: - Pracownikom już nie wierzy się na słowo, każdy punkt w CV jest dokładnie sprawdzany, począwszy od edukacji po doświadczenie zawodowe. Znajomość języków badana jest w praktyce, większość poważnych agencji doradztwa personalnego ma rekruterów, którzy płynnie władają językiem angielskim, do tego niemieckim lub francuskim. By sprawdzić pozostałe umiejętnośc,i najczęściej na spotkanie umawia się specjalistów.

O zatrudnienie jest ciężko. Najbardziej narzekają młodzi, którym coraz trudniej jest wejść na rynek pracy. Chociaż mają wykształcenie, to brakuje im doświadczenia. Pracodawcy narzekają, że nowe pokolenie jest roszczeniowe. Kolejny problem to brak wyspecjalizowanych pracowników - zdaniem firm na rynku jest pełno osób, których nie potrzebują, i za mało tych, których chętnie widzieliby u siebie.

Justyna Ścigler, starszy konsultant w agencji doradztwa personalnego ManpowerGroup, tak tłumaczy ten brak dopasowania: - Dzisiejszy rynek pracy nie jest trudny, tylko wymagający, bo liczą się na nim głównie talenty, ale nie takie w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Talent zawodowy rozumiany jest jako wysoka konkurencyjność pracownika, która powoduje, że w zestawieniu z innymi osiąga lepsze wyniki. To możliwe dzięki temu, że posiada pakiet uniwersalnych umiejętności na poziomie dobrym oraz wysoko rozwinięte kompetencje specjalistyczne. Znalezienie takiej osoby w natłoku kandydatów, gdzie większość deklaruje, że ma podobne umiejętności, nie jest łatwe. Dlatego coraz chętniej korzystamy z nowych metod rekrutacji, które już na etapie aplikacji pozwalają odsiać nieodpowiednie osoby.

Zobacz także
Komentarze (1)
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • Gość: marek

    0

    tak juz bedzie praca tylko z doswiadczeniem

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX