Chcesz dostać pracę? Zmień myślenie

Marta Piątkowska
25.03.2013 , aktualizacja: 02.10.2015 09:18
A A A

Fot. Tomasz Szambelan / Agencja Gazeta

Żeby znaleźć pracę, nie wystarczy odpowiadać na ogłoszenia i czekać. Najważniejsza jest zmiana myślenia - o rynku pracy, otaczającym świecie, ale przede wszystkim o sobie. Rozmowa z Katarzyną Ujek*


Marta Piątkowska: "W Polsce pracę można dostać tylko po znajomości", "nienawidzę tego kraju", "pracodawcy nabijają sobie kieszenie, płacąc pensję minimalną", "jedyne rozwiązanie to wyjechać", "skończyłam studia, znam dwa języki, co robię źle, że nikt nie chce mnie zatrudnić?". To fragmenty komentarzy naszych czytelników, które zostawili pod wpisami na Facebooku i pod artykułami. Co bym im pani powiedziała, gdyby przyszli na sesję coachingową?

Katarzyna Ujek: Po pierwsze, że doskonale ich rozumiem, bo sama jakiś czas temu byłam w podobnej sytuacji. Po drugie, że z racji doświadczenia i wykształcenia wiem, że ratunkiem jest zmiana myślenia. Postawa "to otoczenie jest winne, ja nic nie mogę zrobić" powoduje, że oddajemy swój los w ręce obcych osób. To blokuje nasze działania, powoduje, że słabiej radzimy sobie z tym, co nas spotyka, jesteśmy zdemotywowani, zniechęceni i sfrustrowani.

W efekcie nic nam się nie chce, nie widzimy sensu w podejmowaniu jakiejkolwiek aktywności, bo przecież "w moim mieście nie ma pracy".

Ciężko być optymistą, kiedy przez kilka miesięcy jest się odprawianym z kwitkiem.

- Zgadza się, ale to od nas zależy, jak podejdziemy do tej sytuacji. Możemy dalej się dołować i utwierdzać w przekonaniu, że znaleźliśmy się w pechowej grupie, której "w tym kraju nic już nie czeka". To tak naprawdę unikanie odpowiedzialności za siebie i swoje życie.

W zmianie myślenia nie pomagają również znajomi, którzy tylko utwierdzają nas w przekonaniu, że jest źle, bo jest źle i lepiej nie będzie. Skoro Kasi i Łukaszowi też się nie udaje, to znaczy, że coś w tym jest i mamy rację myśląc, że wina leży w okolicznościach, a nie nas samych.

Chociaż spotkania ze znajomymi lub czytanie wypowiedzi w internecie, utrzymanych zwykle w negatywnym tonie, dają nam chwilową pociechę, bo w końcu nie tkwimy w tym sami, to tak naprawdę każda nowo poznana historia staje się cegłą, którą wkładamy sobie na plecy. Im jest ich więcej, tym trudniej ruszyć do przodu.

Zgadza się, ale od pozytywnego myślenia nie przybędzie miejsc pracy.

- Nie do końca. Osoby z góry nastawione na to, że znowu im się nie uda, wysyłające kolejne CV bez większej wiary w sens tego ruchu, zauważają o wiele mniej możliwości podjęcia pracy niż ci, którzy wciąż widzą szansę na zmianę. Ci drudzy, nazwijmy ich optymistami, częściej przebywają wśród ludzi, są na nich bardziej otwarci, chętniej angażują się w bezpłatną pomoc innym, co powoduje, że zdobywają nowe umiejętności lub kontakty. Dodatkowo nie są uprzedzeni do niektórych branż lub zawodów. Weźmy na przykład sprzedaż - tutaj ofert nie brakuje, warunki pracy i płacy są różne, ale średnia wychodzi na plus. Osoba uprzedzona, czyli pesymista, nawet nie przegląda takich ogłoszeń. Optymista zastanowi się, czy ma cechy potrzebne do tego, żeby spróbować pracy w tej branży. Dla niego liczy się możliwość powrotu na rynek pracy, nawet, jeżeli oznacza to zmiany. Nie czeka na idealną ofertę, jest otwarty na nowe rozwiązania.

Kiedy już optymiści zostaną zaproszeni na rozmowę kwalifikacyjną, to robią o wiele lepsze wrażenie na potencjalnym pracodawcy. Można powiedzieć, że wzbudzają większe zaufanie.

No dobrze, tylko jak wykrzesać z siebie ten optymizm?

- Musimy rozprawić się sami ze sobą na poziomie własnych przekonań.

Na czym to polega?

- Trzeba się głęboko zastanowić, czy nasz odbiór otoczenia i sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, wynika z faktów, czy może tylko nam się wydaje, że jest tak źle, jak myślimy. Mark Twain mawiał: "spotkało mnie wiele okropnych rzeczy, na szczęście żadna z nich nie wydarzyła się naprawdę". Naukowcy już dawno udowodnili, że znacząca większość problemów, jakimi się przejmujemy, nie istnieje lub nie ma wpływu na nasze życie.

Jak ustalić, kiedy przesadzamy, a kiedy mamy rację?

- Wykonując proste ćwiczenie. Polega ono na wyeliminowaniu błędów w myśleniu i jest dość uniwersalne, mogą z niego skorzystać osoby z zupełnie innymi problemami.

Do jego wykonania potrzebujemy jedynie kartki papieru i kilku minut spokoju. Będziemy musieli zadać sobie siedem pytań, które pozwolą nam zweryfikować rzeczywistość.

*Pierwsze: czy myślimy katastroficznie i przepowiadamy przyszłość zakładając, że będzie lub jest źle?

*Drugie: czy bagatelizujemy lub pomijamy pozytywne informacje?

Zobacz także
Komentarze (30)
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • Gość: Leszek

    Oceniono 23 razy 21

    Próbowałem z tego wyciągnąć coś dla siebie. Jest jednak jeden aspekt, którego autorka nie porusza. Dla wielu szybkie zdobycie pracy to sprawa życia lub śmierci. Kilkumiesięczne bezrobocie sprawiło, że popadłem w ogromne długi, z których nie wyjdę pewnie nigdy. Kilka razy pracodawcy mnie oszukali, podsuwając ostatecznie zmienione umowy. Nie liczę rozmów, na których dobrze wypadłem i pracodawców, którzy "trzymali mnie na haku", prosząc o czekanie na telefon. Jest jeszcze pech, a na to nie mamy wpływu. Jestem na bezrobociu, nieubezpieczony, zostałem sam. Niby młody i pełen możliwości, ale po co była nauka języków, studia i udana (ale zbyt stresująca) kariera w prestiżowym zawodzie, skoro nagle zabrakło dla mnie miejsca w tym kraju? Pewnie jak inni wyjadę za chlebem na zmywak albo w końcu odbiorę sobie życie, co dawno bym zrobił, gdyby nie wciąż żyjący rodzice, których nie chciałbym zawieść. To są smutne realia tego kraju. Pani się udało, ale większości się nie udaje. Nie dzieliłbym na zdolniejszych i gorszych, bo każdy z nas spotkał w życiu setki osób bez kompetencji do wykonywania zawodu.

    PS. Mieszkam w Warszawie, nigdzie teoretycznie nie jest łatwiej o pracę :-)

  • Gość: gość

    Oceniono 9 razy 7

    opowiada pani z podnieceniem jak to się pani udało ale ilu jest takich ludzi jak Leszek - o tym się już nawet nie mówi bo po co ? taki jest real i to bez względu na wiek !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

  • Gość: KatarzynaSzach

    Oceniono 3 razy 3

    Poszłam na staż do biura rachunkowego licząc, że naprawdę wiele się nauczę (chodziłam sama na rozmowy do biur, nie wysyłał mnie urząd pracy jak za przeproszeniem ch** do bicia i dzwonienia), toteż podczas rozmowy wyraźnie podkreślałam swoje oczekiwania i jeśli nie są w stanie im sprostać, znajdę staż w innym biurze by zdobyć doświadczenie, bo chcę się JAK NAJWIĘCEJ NAUCZYĆ.
    Zgodziło się biuro z dużą reputacją i wiekiem lat na rynku pracy, z kilkunastoma pracownikami. Rozpoczynając "staż", tak jak wiele obiecywali-tak samo nic się nie działo, byłam rzucana z jednej osoby na drugą bo nikomu nie chciało się uczyć i czułam się jak popychadło. Musiałam udawać jak tylko szedł Szef że "coś" robie bo tak mi kazali, bo nikomu nie chciało się mnie uczyć (nie mają przecież dodatku szkoleniowego). Nie było też możliwości powiedzieć o tym Szefowi, chyba wiecie-strzał sobie w kolano. Usłyszałam też kilkukrotnie za plecami, że co ja sobie wyobrażam, że kto mnie będzie uczył i nie mają takiego obowiązku bo nikt im za to nie płaci i nie potrzebują piątego koła u wozu. Teraz sobie wyobraźcie- co mi po takim stażu? czy warto napisać 2-letni staż w biurze rachunkowym w cv? zostaję zaproszona na rozmowę do nowej firmy i mnie pytają-co się Pani nauczyła przez te dwa lata? a ja co mam im powiedzieć, że nikomu nie chciało się mnie uczyć i wie Pan co , nic nie umiem ,chociaż bardzo chciałam? Nawet nie tknęłam pełnej księgowości. Żenada po prostu i wstyd, czuję się oszukana, a całą tą "naukę zawodu" mogę sobie w tyłek wsadzić i te dwa lata w biurze.

  • Gość: obx

    Oceniono 3 razy 3

    przepraszam autorki, ale ten artykuł to straszny KNOT ! Nawet nie chce mi się uzasadniać mojej subiektywnej opinii. Straciłem już czas na czytanie artykułu, szkoda dalszego komentarza. KNOT i już !!

  • Gość: frk

    Oceniono 5 razy 3

    ale bzdety ten artykuł... ech

  • wejsunek47

    Oceniono 1 raz 1

    mam 64 lata... co mi radzi pani Kasia? skoczyć z mostu czy się zastrzelić?

  • Gość: m.x

    Oceniono 1 raz 1

    Taa.... sprzedaż, sprzedaż, sprzedaż... Bo ofert jest wiele i w ogóle... Ja ze sprzedaży właśnie uciekłem do innej firmy na magazyn. Wcześniej nie sprzedawałem, byłem back office i miałem stanowisko specjalisty ds. obsługi klienta biznesowego. Na sprzedaży wytrzymałem 2 lata, potem mi nerwy zaczęły puszczać, nie nie na klientów, tylko na tych "kierowniczków" co to człowieka batem popędzają, a nie widzą nic innego prócz cyferek (wcześniej, na BO moje cyferki ich zachwycały); równolegle przez dwa lata starałem się o zmianę stanowiska wewnątrz firmy, ale nie bo... nie. A stanowisk na które się nadawałem (wg coachów, wg hr, wg mojego poprzedniego kierownika i współpracowników) było wiele w firmie... a zmiana na sprzedaż wynikła odgórnie, ot taka restrukturyzacja.

  • Gość: klara

    0

    Hmmm. Przeczytałam z zaciekawieniem ten artykuł, ale też z rozczarowaniem. Pisze Pani angażować się charytatywnie, ok, zgoda, ale wtedy kiedy masz z czego zapłacić rachunki, zrobić obiad, bo w każdej innej sytuacji rachunki same nie zapłacą się, a z dobrych chęci żołądka nie napełni się.

  • Gość: Grenium

    0

    Jeśli takie osoby jak Leszek też chcą znaleźć w końcu pracę, może warto zgłosić się do jakiejś agencji i u nich poszukać? Np. Grafton (www.grafton.pl), albo coś podobnego?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX