Najlepsza osoba rekomendowana do pracy

Bartosz Sendrowicz
23.11.2015 , aktualizacja: 25.11.2015 10:19
A A A
Pracy szukają tysiące płocczan

Pracy szukają tysiące płocczan (Fot. Irek Cieslak / Agencja Gazeta)

Firmy w poszukiwaniu najlepszych pracowników korzystają z rozmaitych kanałów: prasy, internetu, urzędów pracy, a często stawiają też na rekomendacje współpracowników. Ba, nawet płacą za nie kilka tysięcy złotych i ciągle im się to opłaca.
Specjaliści od rekrutacji we wszystkich korporacjach zastanawiają się, jak ściągnąć do firmy najlepszych ludzi i zatrzymać ich na dłużej. Poszukując nowych pracowników, umieszczają rozmaite ogłoszenia, czasami proszą o pomoc urzędy pracy. Te kanały nazwijmy tradycyjnymi. Mniej tradycyjne, ale coraz bardziej zyskujące na popularności, to media społecznościowe i rekomendacje pracownicze, czyli zatrudnianie osób poleconych przez pracowników firmy. Wbrew pozorom nie jest to "praca po znajomości", tylko sposób na znalezienie najlepszych kandydatów i to w stosunkowo krótkim czasie.

Z badania Bilans Kapitału Ludzkiego, prowadzonego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości, wynika, że pracodawcy, szukając nowych rąk do pracy, raczej nie korzystają z prywatnych agencji zatrudnienia (w 2014 r. zrobiło to 3 proc. badanych firm), bardzo rzadko zaglądają do akademickich biur karier (6 proc.) i prawie wcale nie odwiedzają targów pracy (tylko 3 proc. twierdzi, że to robi). Bywają za to w urzędach pracy (58 proc.) i publikują swoje oferty na łamach prasy czy w internecie (odpowiednio 39 proc. i 41 proc.). Ale najczęściej eksploatowanym kanałem są właśnie rekomendacje m.in. pracowników firmy. W 2014 r. z pośrednictwa m.in. pracowników (także znajomych i rodziny) korzystało aż 69 proc. firm. Co ważniejsze, od 2010 r. odsetek ten wiele się nie zmienia.

7 tys. zł za informatyka

W ten model wierzą też sami pracownicy. Trzy czwarte z nich uważa - to już badania Millward Brown dla Work Service - że o wakacie najszybciej usłyszą z ust znajomego zatrudnionego w firmie, w której akurat oni chcą pracować.

Tak handlowcem został Rafał. - Usłyszałem od znajomego, że w jego firmie szukają sprzedawców powierzchni reklamowej. Dałem mu swoje CV i wziąłem udział w normalnej rekrutacji - opowiada. Pracę dostał, a potem dowiedział się, że dzięki takiemu poleceniu jego znajomy wzbogacił się o 2 tys. zł.

Zrozumiał to, gdy zobaczył na ścianie firmy plakat zachęcający do rekomendowania znajomych. Zarekomendował swojego znajomego, który pracę dostał, ale odszedł z niej po 2 miesiącach. To znacząco uszczupliło premię Rafała - wzbogacił się tylko o 500 zł, kolejne 1,5 tys. zł dostałby, gdyby polecona przez niego osoba przetrwała okres próbny. - No cóż, to trudna praca - mówi Rafał.

Wewnętrzne systemy rekomendacji, podobne do tego, działają w wielu firmach, choć - jak przyznaje Szymon Motławski, ekspert ds. employer brandingu z działającej przy GazetaPraca.pl Pracowni EB - trudno oszacować w ilu konkretnie. - Korzystają z nich firmy z tych branż, w których brakuje kandydatów lub mają oni nieodpowiednie kompetencje - mówi. I dodaje, że chodzi np. o branżę IT. Działająca w niej Nokia oferowała w ubiegłym roku 7 tys. zł za polecenie godnego uwagi kandydata. We wrocławskiej siedzibie firmy zawisły nawet plakaty z hasłem: "nie olewaj 7 koła". Śmiała kampania, ale wobec ogromnych problemów ze znalezieniem wykwalifikowanych programistów chyba konieczna. Zwłaszcza że - jak przekonuje znający meandry rekrutacyjnego biznesu Motławski - oferowane 7 tys. zł to i tak mniej, niż firma zapłaciłaby za znalezienie odpowiedniego kandydata agencji pośrednictwa pracy. Proszenie pracowników o pomoc w skompletowaniu zespołu czy pozyskaniu nowych to najtańsza możliwa forma rekrutacji. Dlatego - jak przekonuje Grzegorz Koterwa, dyrektor zarządzający z agencji Goldman Recruitment, firmy często stosują ten system jako uzupełnienie spływu aplikacji z ogłoszenia i współpracy z agencjami rekrutacyjnymi.

Firma przewozowa Uber, coraz śmielej poczynająca sobie na polskim rynku, też ma podobny system. Aby zacząć w niej pracę, wystarczy kilka kliknięć i to dosłownie, bo wszystko załatwia się bez udziału ludzi. Wymagane umowy przychodzą na skrzynkę e-mailową i tą samą drogą odsyła się ich zeskanowane wersje po podpisaniu. Jeśli ktoś zarejestruje się z konkretnego linka przesłanego przez innego kierowcę Ubera i wykona 55 kursów, firma wypłaci obu szoferom po 150 zł premii. Powiedział nam o tym Tomasz, który po godzinach dorabia za kierownicą.

Rekrutacja od początku do końca

W firmach korzystających z systemu rekomendacji informacje o procesach rekrutacyjnych raczej nie wychodzą na zewnątrz. Nie znaczy to jednak, że konkurencja jest mniejsza. - W przeciwieństwie do "pracy po znajomości", w pracy "z polecenia" chodzi tylko o to, by dokumenty kandydata trafiły do właściwej osoby. Ale musi on i tak wziąć udział w całym procesie rekrutacyjnym. O tym, czy ostatecznie zajmie stanowisko, decydują jego doświadczenie i umiejętności - wyjaśnia Tomasz Rudnik, założyciel serwisu Akademiarekrutacji.pl.

Jego zdaniem polecanie sprawdzonych kandydatów nie jest sprzeczne z etyką biznesową czy też dobrym obyczajem. - To dla pracodawców jedna z najlepszych metod zatrudniania. Ostatecznie ktoś się pod rekomendacją "podpisuje", a to oznacza, że kandydat musiał być wcześniej w czymś dobry - mówi.

Zgadza się z tym Szymon Motławski i dodaje: - Nie ma ryzyka, że w ten sposób do firmy będą trafiali słabi kandydaci. Osoba rekomendująca stawia na szali swoją pozycję w firmie i dobre imię, a rekomendowana i tak jest uważnie oceniania - mówi.

Ale cały system ma też dwie zasadnicze wady. Ograniczona jest liczba rekomendowanych kandydatów, a z kanału tego korzystać mogą tylko firmy, w których panuje dobra i zachęcająca do współpracy atmosfera. Kto by chciał rekomendować firmy, w których praca jest nieprzyjemna?



Zobacz także