Zwolnić, ale nie skrzywdzić

Małgorzata Kolińska-Dąbrowska
2009-07-06, ostatnia aktualizacja 2009-07-06 10:46

Przychodzi baba do pośredniaka odc. 33. Dziennikarka "Gazety" była zarejestrowana jako bezrobotna. Teraz bada przepisy obowiązujące w pośredniakach. Dziś szuka odpowiedzi na pytanie: Czy można zwolnić pracownika, nie niszcząc człowieka?


Zwolennicy zwolnień monitorowanych, czyli outplacementu, mówią, że tak. Outplacement to system łagodnych zwolnień powiązanych z pomocą dla odchodzących w znalezieniu nowej pracy, ze szkoleniem, z poradnictwem zawodowym i psychologicznym. Co w praktyce oznacza, że pracodawca nie tylko wręcza wypowiedzenie, ale od razu wychodzi z pomocą dla odchodzących.

Po raz pierwszy tego typu działania wdrożono w USA tuż po II wojnie światowej. Objęto nimi żołnierzy i oficerów odchodzących z amerykańskiej armii. Potem programy outplacementowe zostały przejęte przez biznes. U nas zaczęto wykorzystywać je w latach 90. Outplacement został wpisany nawet w naszą ustawę o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy. Ta określa go jako bezpłatne usługi rynku pracy świadczone pracownikowi w okresie wypowiedzenie wtedy, gdy jest zagrożony redukcją oraz do 6 miesięcy po wypowiedzeniu. - Czy programy outplacementowe nie powielają tego, co robią urzędy pracy? - pytam Bożenę Gabryel, prezes Śląskiej Fundacji Wspierania Przedsiębiorczości. Fundacja zrealizowała trzy takie programy. Pierwszy dla pielęgniarek i położnych już w 2002 roku. - Nie. Przede wszystkim te programy są o wiele bardziej kompleksowe niż usługi urzędów pracy. Skierowane są do konkretnej branży. Kładą bardzo duży nacisk na pomoc psychologiczną dla zwalnianych. A tej na pewno nie oferują UP. I co najważniejsze - mogą być wdrożone jeszcze przed wręczeniem wypowiedzeń, wtedy pracownicy dowiadują się, że będą zwolnienia - zapewnia Bożena Gabryel. Pierwszy zrealizowany na Śląsku program dla pracownic służby zdrowia zaczął się jeszcze przed restrukturyzacją służby zdrowia. - Z naszej pomocy skorzystało 190 pielęgniarek i położnych - wyjaśnia pani prezes. - I 147 pozostało w zawodzie z nowym lub dodanym zakresem obowiązków. Zostały przeszkolone w zakresie kadr, płac. Stały się konkurencyjne dla innych.

Pani Anna jest od 21 lat pielęgniarką właśnie na Śląsku. Kilka razy zmieniała miejsce pracy. - Pierwszy raz w 2000 roku od przełożonej dowiedziałam się, że w przychodni będą zwolnienia i że jestem na liście. To była dla mnie trauma. Nie mogłam sobie z tym poradzić. Nerwy, łzy. Po dwóch miesiącach znalazłam etat w szpitalu. Ale i tu dopadły mnie redukcje. Tym razem znalazłam ogłoszenie w prasie o programie wspomagającym pielęgniarki i położne. Nawet pytałam się w naszym związku, czy warto z niego skorzystać. Okazało się, że tak. Wiem, jak szukać pracy. Nauczyłam się, że jej strata nie oznacza końca świata. Teraz jestem nie tylko pielęgniarką, bo po szkoleniu mogę prowadzić dokumentację medyczną. Właśnie dzięki temu zostałam pracownicą prywatnej przychodni. Robię zabiegi, zastrzyki i prowadzę rejestr pacjentów oraz sprawy kadrowe. Takie "dwa w jednym". Mam pracę i szefowie są zadowoleni. Jednak zapotrzebowanie na takie działania jest w Polsce niewielkie. - A szkoda - komentuje pani prezes. - Bo korzyści są ogromne. Przede wszystkim dla pracowników. Znacznie skuteczniej wyszukiwane są nowe miejsca pracy, doradztwo jest naprawdę indywidualne i - co ważne - pomagamy walczyć z traumą po zwolnieniu. - A co mają z tego pracodawcy? - Dzięki działaniom outplacementowym można ograniczyć roszczenia pracownicze. Rozstawać się z ludźmi w dobrej atmosferze. Pracodawca tworzy wizerunek przyjaznej firmy. - Jednak o tym wszystkim pracownicy i pracodawcy wiedzą mało. Trzeba mówić, jak ważne są właśnie teraz takie monitorowane zwolnienia. Przecież ludzie dzięki tym programom pozostaną na rynku pracy i nie pójdą do pośredniaków po zasiłki. Trzeba tłumaczyć pracownikom, że udział w takich zajęciach jest dla nich szansą, a nie jałmużną od bezwzględnego pracodawcy. Natomiast pracodawcom trzeba udowodnić, że warto ponieść koszty outplacementu. - A ile taki program kosztuje? - Średnio 6-7 tys. złotych dla jednego zwalnianego pracownika.

W pierwszym kwartale, np. w Łodzi, żaden pracodawca nie stanął do konkursu na projekt outplacementowy. Nikt nie chciał pieniędzy z Programu Operacyjnego "Kapitał Ludzki". Pracodawcy nie są zainteresowani, by uczestniczyć, a przede wszystkim, by płacić za taki program. Nawet gdy są tylko współpartnerem i część środków na pokrycie wydatków pochodzi z Unii. Jest szansa, że w najbliższym czasie sytuacja się zmieni. Komitet Monitorujący program operacyjny "Kapitał ludzki" dwa tygodnie temu zdecydował, że zwolnienia monitorowane będą mogły być przeprowadzane bez udziału przedsiębiorcy przez firmy consultingowe, agencje szkoleń, organizacje pozarządowe i związki zawodowe. Także niektóre urzędy pracy myślą, by włączyć się w nie, korzystając z unijnych dotacji.

Nieuczciwy szef? Spytaj prawnika, co możesz z tym zrobić



Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 7 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos