Pierwsza studencka praca - szczęście czy koszmar?

Katarzyna Pawłowska-Salińska
2008-10-13, ostatnia aktualizacja 2008-10-13 11:48

Do "Gazety Praca" przychodzą listy od studentów oszukanych przez pracodawców. Wiele firm wykorzystuje brak rozeznania młodych pracowników i zatrudnia ich bez umowy albo np. odmawia wypłaty wynagrodzenia

Co robić, żeby pierwsza, wymarzona studencka praca nie okazała się wielką porażką i zawodem?

Przypadek Agaty: umowa-zlecenie bez wypłaty

Agata jest studentką edukacji początkowej na Uniwersytecie Warszawskim. Jak większość studentów w trakcie nauki chciała sobie dorobić. Nie posiadała się ze szczęścia, gdy po długich poszukiwaniach dostała propozycję pracy. I to od razu związaną z jej kierunkiem studiów! Firma poszukiwała pilnie osoby do prowadzenia zajęć z sześciolatkiem - miała mu pomagać w nauce czytania i pisania. - Zostałam zatrudniona od ręki - mówi Agata. - Podczas rozmowy kwalifikacyjnej pracodawca stwierdził, że nie będzie sprawdzał moich kwalifikacji. Wystarczyło mu, że jestem studentką nauczania początkowego na UW.

W dodatku po przeczytaniu CV zaproponował jej, poza zajęciami z nauczania początkowego, również lekcje francuskiego. Stawka jak dla Agaty była wysoka - 42 zł netto za godzinę.

Agata zaczęła pracę zaraz po rozmowie kwalifikacyjnej, choć w ogóle nie miała doświadczenia. Podpisali z nią też umowę na sto godzin konsultacji z nauczania początkowego i następne sto z francuskiego. Rodzice malucha byli bardzo zadowoleni z pierwszych zajęć, więc umówili się z Agatą na regularne cotygodniowe spotkania w siedzibie firmy. - W przygotowania do zajęć musiałam włożyć sporo pracy, bo dopiero się uczyłam, jak uczyć innych - wspomina Agata. - Musiałam wypracować odpowiednie metody, zgromadzić materiały.

Zgodnie z podpisaną umową miała dostawać wynagrodzenie po każdym miesiącu, po przedstawieniu zestawienia przepracowanych godzin. Tak też zrobiła. W kwietniu przepracowała cztery godziny, złożyła zestawienie godzin, ale na początku maja pieniędzy nie dostała. Tłumaczyła sobie, że jest długi weekend. Potem dowiedziała się, że firma ma chwilowe kłopoty. - Szef zapytał, czy mogę zaczekać na wynagrodzenie do końca miesiąca - mówi. Zaczekała, ale pieniędzy nie było. Ani pod koniec maja, ani na początku czerwca. Skontaktowała się z rodzicami ucznia i powiedziała, że musi wyjaśnić w firmie kilka kwestii i do tego momentu zawiesza spotkania z chłopcem. Od razu zrozumieli, że chodzi o pieniądze. Usprawiedliwiali się, że oni zgłosili się do firmy i zapłacili za cały miesiąc z góry. Szef dalej prosił o cierpliwość, w końcu przestał odbierać telefony.

Zrezygnowana Agata złożyła skargę w Państwowej Inspekcji Pracy. Niestety, powiedziano jej, że miała podpisaną umowę-zlecenie, która nie przesądza o stosunku pracy, więc PIP nie może się tą sprawą zająć. Efekt jest taki, że pracowała dwa miesiące za darmo i nie ma szans na odzyskanie pieniędzy. - Wydawać by się mogło, że nic wielkiego się nie stało. Pracodawca był mi przecież winien niecałe 350 zł - mówi z goryczą Agata. - Ale dla mnie to było aż 350 zł, w dodatku uczciwie i ciężko zarobione. Mam koleżankę, która przepracowała w innej firmie na promocjach kilka miesięcy - ok. 1000 zł. I też nigdy ich nie zobaczyła. Ilu jest takich studentów, którzy chcą uczciwie zarobić, lecz zostali oszukani? - pyta retorycznie Agata. - Ilu pracodawców czuje się bezkarnych, bo wiedzą, że podpisując umowę-zlecenie, wcale nie muszą młodym ludziom wypłacać wynagrodzeń?

Przypadek Kuby: trzy miesiące bez umowy i bez wypłaty

Jeszcze gorzej mają ci, którzy w ogóle nie podpisali umowy. Kuba z Bydgoszczy przyjechał do Warszawy na studia. Od razu znalazł pracę w firmie zajmującej się marketingiem bezpośrednim. Był tak zadowolony, że nie zaniepokoiło go, gdy szef nie zaproponował mu żadnej umowy. Kuba dzień w dzień spędzał w pracy długie godziny i cieszył się, że będzie miał na czynsz i jedzenie. Niestety, po miesiącu o wypłacie nikt nie wspomniał. A Kubie ponaglanie kogokolwiek wydało się niedelikatne. Tak czekał jeszcze dwa tygodnie. Wreszcie poszedł do szefa.

Ten przeprosił i zaczął się tłumaczyć. Obiecał wypłatę za kilka dni. Scenariusz powtarzał się jeszcze przez półtora miesiąca. Po trzech tygodniach Kuba nie wytrzymał. Włączył formatowanie twardego dysku na swoim służbowym komputerze, poszedł do szefa, zrobił mu karczemną awanturę i trzasnął drzwiami. Trzy miesiące pracował za darmo.

Co zrobić, żeby nie dać się oszukać tak jak Agata i Kuba?

Radzi Wojciech J. Dziób, prawnik pracy

*Rady dla Agaty: Firmy bardzo chętnie zatrudniają studentów, bo wtedy nie muszą odprowadzać składki ZUS, która zwiększa koszty własne pracodawcy. Dlatego studenci są w większości wypadków skazani na tę formę umowy. Mówię "skazani", bo np. gdy pracują na umowę-zlecenie, są w gorszej sytuacji niż wtedy, gdy pracują na umowę o pracę. Umowa-zlecenie to nie jest umowa o pracę, tylko umowa cywilnoprawna. Dlatego w takiej sprawie jak ta Agaty nie można zwrócić się do sądu pracy. Ale sytuacja nie jest beznadziejna:

1. W przypadku nieotrzymania wynagrodzenia z tytułu umowy-zlecenia czy umowy o dzieło powinniśmy natychmiast występować na drogę postępowania sądowego. Co prawda w przypadku postępowania cywilnoprawnego trzeba ponieść koszty opłaty sądowej z tytułu założenia pozwu (w sądzie pracy nie), co studentce, której chodzi o 300 czy nawet o 1 tys. zł, może się nie opłacić. Warto jednak to zrobić, choćby dla zasady i po to, żeby się przekonać, że sprawiedliwość istnieje. Pamiętajmy, że pracodawca z własnej woli tego wynagrodzenia nam nie wypłaci.

2. Student, który ma zamiar zawrzeć umowę-zlecenie, przede wszystkim powinien sprawdzić wiarygodność potencjalnego pracodawcy odnośnie wypłaty wynagrodzenia. Warto poszukać jego strony w internecie, sprawdzić opinie na forach. Jeśli to wiarygodny pracodawca, będzie miał adres i telefon stacjonarny. Warto też sprawdzić firmę w Krajowym Rejestrze Sądowym. Można to zrobić np. na stronie www.ms.gov.pl, zakładka "Rejestry i ewidencje". Jeśli firmy w tym rejestrze nie ma, trzeba trzymać się od niej z daleka.

3. Nie można godzić się na wypłatę wynagrodzenia w częściach. Zasadą jest, że pracodawca wypłacający pensję w częściach nie wypłaci jej w ogóle.

*Rady dla Kuby:

1. Gdy jesteśmy zatrudniani - wszystko jedno, czy po raz pierwszy, czy kolejny - na podstawie umowy o pracę, musimy stanowczo domagać się zawarcia umowy o pracę już w pierwszym dniu. Co prawda kodeks pracy nie wymaga, aby umowa ta była zawarta w formie pisemnej, ale takiej formy pracownik dla własnego dobra powinien się domagać.

2. To samo dotyczy umowy-zlecenia i umowy o dzieło. Domagajmy się jej, zanim rozpoczniemy pracę. Pamiętajmy, że podstawą otrzymania pieniędzy jest właśnie umowa. W przypadku nieotrzymania wynagrodzenia jedynym dokumentem stanowiącym dowód, że pracodawca jest zobowiązany do wypłaty, jest umowa, i to właśnie umowa będzie stanowiła podstawę do dochodzenia roszczenia przed sądem.

3. W przypadku zawierania umów na czas określony pracownik powinien pamiętać o tym, że umowy takie zawierane na czas dłuższy niż dwa lata nie mają sensu i uzasadnienia, mimo braku ograniczenia przepisami kodeksu pracy.

4. Pracownik nie powinien się zgadzać na żadne zmiany postanowień umowy o pracę poprzez zawieranie do niej aneksów. Prawo pracy nie zna aneksu do umowy o pracę, jej postanowienia mogą być zmieniane tylko w formie wypowiedzenia lub porozumienia zmieniającego warunki pracy lub płacy.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów