Erasmus na własnej skórze

Lucyna Róg
2009-08-12, ostatnia aktualizacja 2009-08-27 15:32
Studia za granicą to dla wielu żaków okazja do bezpośredniego poznania innych kultur
Studia za granicą to dla wielu żaków okazja do bezpośredniego poznania innych kultur

Studenci, którzy skorzystali z wyjazdów, mówią patetycznie, że zmieniły ich życie i sposób widzenia świata. Na temat programu funkcjonuje wiele mitów. Jakich? Bierzemy pod lupę wymiany studenckie!

ZOBACZ TAKŻE
Mit 1: Kiedy jesteś "erazmusem", zawsze znajdzie się jakaś impreza

- Będąc "erazmusem", czujesz się świetnie - pisze na Facebooku jeden ze studentów, który swoją przygodę z unijnym programem umożliwiającym studiowanie na zagranicznej uczelni ma już za sobą. By pomóc zrozumieć innym żakom, na czym polega "życie na Erasmusie", wspólnie ze znajomymi stworzył listę sytuacji, których można spodziewać się na studenckiej wymianie, np.: jeśli jesteś "erazmusem", zawsze znajdujesz jakąś imprezę albo sam ją organizujesz; stajesz się także posiadaczem tzw. "piwnego brzucha", nawet jeśli ważysz tylko 40 kg; noc staje się pojęciem względnym; pomimo zajęć na uczelni, wstajesz zwykle nie wcześniej niż o 10 rano.

Kto zarabia najwięcej? - Wypełnij ankietę!



- Gruba przesada - komentuje Monika Redzio, studentka socjologii Uniwersytetu Gdańskiego, która w ubiegłym roku spędziła semestr w Szwecji, studiując na Högskolan Kristianstad. - Nie imprezowałam więcej niż w Polsce. Opowieści o tym, że na Erasmusie niemal każdą noc spędza się w klubie nie są prawdziwe.

Zupełnie inny pogląd na ten temat ma Jędrzej Wojtas, prawie absolwent (została jeszcze tylko obrona pracy magisterskiej) mechaniki i budowy maszyn Politechniki Wrocławskiej. W czasie studiów spędził pół roku w niemieckim Emden oraz semestr w Korei Południowej na Changwon National University. - Na wyjeździe trzeba się integrować - mówi z entuzjazmem. - Wtedy dla wielu zaczynają się lepsze i częstsze imprezy. Zwłaszcza dla osób, które w Polsce przesiadywały nad książkami. Studiując za granicą, mają często więcej luzu i czasu, żeby zapoznać się z innymi "erazmusami". Zresztą okazja do zabawy zawsze się znajdzie. Czy te imprezy były jednak jakieś wyjątkowe? Raczej nie Tylko towarzystwo było międzynarodowe.

Monika wspomina jednak erazmusowe imprezy jako zupełnie inne niż te w kraju. - Zaczynaliśmy je wspólną kolacją, na którą każdy przynosił jakiś przysmak ze swojego kraju. To była prawdziwa uczta! Potem szliśmy już do jakiegoś klubu - mówi. Przyszła magister socjologii za dużą zaletę międzynarodowej zabawy uważa brak polskiego narzekania. - Bo w Polsce zawsze jest tak, że jednej osobie nie podoba się jakiś klub, a drugiej nie przypadnie do gustu muzyka, jaką w nim puszczają albo inni ludzie, którzy się tam bawią. Nam w Szwecji nic nie przeszkadzało. Wychodziliśmy żeby się dobrze bawić i tak właśnie było. Nie przejmowaliśmy się takimi szczegółami.

Mit 2: Za granicą wymaga się mniej

Od lat czytamy, że polscy naukowcy są jednymi z najlepszych i najbardziej poszukiwanych na świecie, a polscy studenci uczą się więcej niż ich zagraniczni koledzy.

- Więcej nie znaczy jednak lepiej - mówi Jędrzej, który rozrysowuje na kartce skalę. Na jej lewym końcu umieszcza Zachód czyli w jego wypadku niemiecką uczelnię, na środku Polskę, natomiast po prawej znajdzie się Wschód reprezentowany przez Koreę Południową.

- Polscy absolwenci mają ogólną wiedzę na temat przedmiotu studiów czyli są pośrodku. Niemcy zdobywają jeszcze bardziej ogólny pogląd na temat tego, co studiowali, dlatego są na początku. Z kolei Koreańczycy, którzy są najdalej na naszej skali, są specjalistami, ale tylko w wąskiej dziedzinie - wyjaśnia Jędrzej. Wrocławski student opowiada także o zdziwieniu, z jakim przyjmowali go koreańscy żacy, gdy mówił im, co studiuje. - Kiedy oznajmiłem, że jestem studentem mechaniki i budowy maszyn, nie mogli w to uwierzyć. Zachodzili w głowę, jak to możliwe, że ktoś w moim wieku posiadł już tak ogromną wiedzę. Przedmiot, którego uczyłem się w czasie jednego z semestrów, oni zgłębiali przez rok albo nawet dwa. Podczas gdy ja studiowałem całą mechanikę, oni byli np. mechanikami od krzywek i łożysk.

Zdaniem Moniki ogólna wiedza bardzo się jednak przydaje, bo pozwala na wyrobienie sobie poglądu na świat i dzięki niej orientujemy się w tym, co się na nim dzieje. - W Szwecji szybko dostrzegłam różnicę pomiędzy mną a kolegami np. z Niemiec - przyznaje. - Nigdy nie miałam najmniejszego problemu, żeby znaleźć temat do rozmowy z wykładowcą. Dyskutowaliśmy o kulturze, historii czy sztuce. Niemcy bardzo często nie mieli pojęcia, o czym mówimy.

Piotr Ostrowski, absolwent informatyki na Politechnice Wrocławskiej, właśnie powrócił z Hiszpanii, gdzie studiował na Universidad de Almeria. Według niego za granicą wiedza studenta w dużym stopniu zależy od niego samego. - Wykładowcy skupiają się na jednym zagadnieniu i starają się pokazać, czego dotyczy dany temat, jakie ma działy i kategorie. Jeśli chcemy wiedzieć więcej, wskazują nam gdzie szukać informacji.

Piotr mówi także, że nauczyciele postępują uczciwie. Dokładnie tłumaczą, czego będą wymagać na egzaminie i gdzie znaleźć takie dane, a do większości materiałów studenci mają dostęp przez Internet. - Wreszcie zrozumiałem też, że sceny z amerykańskich filmów, w których studenci przesiadują w bibliotekach nie są fikcją - przyznaje. - Hiszpanie nie uczą się w domach, bo tam brakuje im ciszy i spokoju. Gdy zbliża się sesja, biblioteki są tam otwarte 24 godziny na dobę. Nic nie odda tej atmosfery wspólnego uczenia się o trzeciej nad ranem w ciszy uczelnianej biblioteki.

Mit 3: Od "erazmusów" wymaga się jeszcze mniej

Studentka jednej z rzeszowskich uczelni namawiana przeze mnie na rozmowę o jej semestrze w Danii stanowczo odmawia i nie chce, by jej nazwisko pojawiło się w tekście.

- To duży wstyd nie zaliczyć przedmiotu, będąc na Erasmusie - tłumaczy. - Wiesz Erasmus to imprezy, spotkania ze znajomymi, zwiedzanie. Po prostu luz. Wykładowcy przymykają na to oko, a w czasie sesji przepuszczają każdego. Ja miałam pecha, bo trafiłam na nadgorliwą zołzę, która teraz robi mi problemy.

Fakt, że od studentów z wymiany wymaga się mniej, potwierdza także Jędrzej. - Wiele się im wybacza. Toleruje się spóźnienia, niedotarcie na zajęcia czy nawet brak zaliczenia danej partii materiału. Nawet jeśli wykładowca traktuje sprawiedliwie wszystkich swoich studentów w czasie zajęć, to już moment wystawiania oceny jest zupełnie inną bajką. Zdecydowana większość ocen "erasmusów" jest naciągana.

Piotr nie wypowiada tak zdecydowanych sądów. Sam jednak przyznaje, że być może ocena, jaką dostał na egzaminie z administracji baz danych, powinna być niższa. - Profesor rozumiał, że mój hiszpański w porównaniu ze wszystkimi innymi jest słabszy i podejrzewam, że miało to wpływ na sposób, w jaki mnie ocenił. To chyba jednak jedyna sytuacja, gdy mogłem podejrzewać, że traktuje się mnie inaczej niż innych.

Jego koleżanka z Włoch, która na Universidad de Almeria studiowała przez semestr prawo, oburza się na opinie o leniwych "erazmusach", którzy nie muszą się starać.

- Traktowano nas dokładnie tak samo jak Hiszpanów i nie uważam tego za sprawiedliwe - mówi Michela Sicurezza, na co dzień studentka Universidad de Enna. - W moim przypadku w ogóle nie brano pod uwagę bariery językowej, a wszystkie egzaminy miałam ustne. Michela miała duże problemy z zaliczeniem zwłaszcza jednego z nich. Po wielu staraniach ma go już jednak za sobą.

Mit 4: "Erazmusi" to hermetyczna grupa

Katarzyna Szulik, studentka dziennikarstwa z Rybnika, prowadziła w uczelnianym radio audycję o obcokrajowcach przyjeżdżających do Polski na wymianę. W każdej z nich o swoich przeżyciach opowiadali goście z innego kraju. - Nigdy nie powiem, że studenci wyjeżdżający na Erasmusa trzymają się razem i mają problemy z integracją poza swoją grupą - mówi. - To "erazmusi" zabierali nas na imprezy, a nie odwrotnie. Zresztą oni bardzo chcieli nas poznać, zrozumieć nasz kraj i zwyczaje. Dwie Niemki, z którymi prowadziłam audycję nie chciały nawet mieszkać w akademiku z innymi studentami z wymiany. Twierdziły, że w ten sposób będą miały za mało okazji, by spotykać się z Polakami.

- Wyjeżdżając do Hiszpanii nie miałem najmniejszego zamiaru ograniczania swoich kontaktów wyłącznie do osób, które także przyjechały tam na wymianę - przyznaje Piotr. - Okazało się jednak, że Hiszpanie traktowali nas jak powietrze i nie było mowy o przyjaźniach. Piotr wspomina także sytuację, gdy na zajęciach wykładowca kazał studentom podzielić się na grupy, w których będą wykonywać zadania. Żadna nie chciała go przygarnąć. - Nie wiem, dlaczego. Może z powodu mojego hiszpańskiego, który nigdy nie będzie tak dobry jak ich albo nie odpowiadałem im w inny sposób. Nie dociekałem. Na szczęście miałem mnóstwo innych znajomych z całego świata, więc nie miałem szans, by czuć się samotnym.

Studiując w Korei Jędrzej doznał szoku kulturowego i tym tłumaczy fakt, że studenci z wymiany najlepiej czuli się tam w swoim towarzystwie. - Kultura tego kraju jest tak odmienna od kultury Zachodu, że niemal przytłacza - przekonuje. - Do wszystkiego musieliśmy się przyzwyczajać. Nie było łatwo. Lepiej było nam przebywać ze sobą, bo każdy z nas rozumiał zdziwienie czy dyskomfort kolegi, np. w sytuacji gdy któryś z Koreańczyków głośno siorbał, jedząc. Zdaniem Jędrzeja Koreańczycy byli także chwilami tak przesadnie uprzejmi, że wywoływało to w nim ochotę ukrycia się przed nimi. - Swobodnie czułem się tylko wśród kolegów z wymiany - mówi.

Wszyscy powracający z erasmusowej przygody deklarują, że pół roku spędzone na zagranicznej uczelni dało im wiele. Jeśli nie wiedzy, to znajomości języka, ludzi i kultury.

- I pewności siebie - dodaje Monika Redzio, która po semestrze w Szwecji, planuje tam studia doktoranckie.



Paweł Trociński, specjalista ds. marketingu GazetaPraca.pl, uczestnik programu Erasmus w Belgii:

"Erasmus jest dla każdego innym doświadczeniem i każdy zapamiętuje z tego wyjazdu co innego. Pamiętam kilka większych imprez z mojego wyjazdu, lecz nie stanowiły one esencji mojego Erasmusa. Równie dobrze pamiętam nocne konwersacje na temat projektów u koleżanki z Grecji, która przywiozła ze sobą ekspres do kawy. Nauki było czasem sporo, ale zawsze udawało się znaleźć chwilę czasu na zajęcia dodatkowe, zwiedzanie i spotkania ze znajomymi. Jako "erasmusów" niekiedy traktowano nas nieco łagodniej na zajęciach, lecz trudno powiedzieć iż mieliśmy łatwo. Zwłaszcza egzaminy końcowe oraz semestralne projekty zaliczeniowe były dla nas wyzwaniem, zwłaszcza iż sposób nauczania i wymagania wobec studentów w Belgii są inne niż w Polsce. Zdecydowanie łatwiej było mi przyjaźnić się z innymi studentami z wymiany, chociażby z powodu wspólnego planu zajęć i oddzielnego akademika, lecz mimo wszystko nie trudno było poznać ludzi spoza programu, wszyscy byli z reguły otwarci i przyjaźni."

  • 142 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    34 głosy

  • Socrates-Orgasmus swojski_fr_1 27.08.09, 16:42

    tak powinien nazywac sie ten program. nie zgodze sie tylko z mitem, ze mniej sie wymaga. Wyjazd jest w deche, samo uczenie sie w innym jezyku i w innym jezyku zdawanie prawdziwych egzaminow »

  • Erasmus na własnej skórze gandalf_mag 27.08.09, 16:43

    Byłem w Belgii na UGent i polecam wszystkim, trzeba mieć trochę odwagi, fakttrochę dodatkowych pieniędzy, ale warto - przyjaźnie, podróże, nauka, imprezy- ktoś kto wymyślił ten program był »

  • Erasmus na własnej skórze give3 27.08.09, 17:52

    a gdzie to w Rybniku studiuje się dziennikarstwo? coś tu nie pasuje»