- Moja firma jest jak moje dziecko - mówi Leszek Dubel, 22-latek, który rok temu założył firmę Commo Creative, specjalizującą się w identyfikacji wizualnej, głównie tworzeniu stron internetowych. Na co dzień jest studentem trzeciego roku politologii. Sesję letnią zaliczył w pierwszym terminie, na wrzesień została jedynie obrona pracy licencjackiej. Uważa, że jego
studia nie ucierpiały z powodu pracy. - Dzięki temu, czego nauczyłem się podczas rozmów z klientami: negocjowania warunków umowy i rozwiązywania problemów, nie występuje u mnie coś takiego jak stres przed egzaminem ustnym. Studia i pracę da się pogodzić, no ale wiadomo... Nie można być jednocześnie świetnym studentem i prowadzić własnej firmy. Doba jest za krótka - mówi Leszek. Pracuje wieczorami i nocami, zazwyczaj między 18 a 3 rano. - Wtedy jest spokój. Nadal mieszkam z rodzicami, więc nie mam go w nadmiarze. W nocy praca jest bardziej wydajna, w ciągu dnia jestem na uczelni - opowiada Leszek. Razem z dwoma kolegami, również studentami, zarejestrował działalność gospodarczą w sierpniu zeszłego roku. - To nie było trudne, formalności są trochę uciążliwe, ale do przejścia. Koszty urzędowe nie przekraczają 250 zł - opowiada.
Koszty, koszty, koszty... Do tej pory w firmę zainwestował ok. 15 tysięcy złotych, głównie na remont biura, którego użyczył im jego tata, na zakup mebli i komputerów. - W tej chwili jesteśmy na zero. Koszty zwróciły się po roku działalności - mówi Leszek. Jak na razie w firmie pracują cztery osoby - oprócz Leszka, na którego firma jest zarejestrowana, dwóch kolegów zatrudnionych na umowę zlecenie oraz dziewczyna Leszka, Paulina - studentka trzeciego roku ekonomii, która pomaga w księgowości. - Pieniędzmi dzielimy się zgodnie z zasadą, że ten, kto się najwięcej napracuje, dostaje najwięcej. I niekoniecznie jest to właściciel. Stosunki w firmie są kumpelskie, ale nie raz zdarzało się, że musiałem przywrócić kogoś do porządku. Ważne jest wyznaczenie jednej osoby, która jest decyzyjna. My, w warunkach pełnej demokracji, przez ponad rok robiliśmy wizytówki (śmiech) - tłumaczy Leszek. Pieniędzy do podziału jest sporo. - Zdarzają się miesiące, gdy zarabiamy ok. 13 - 14 tysięcy, ale i takie, kiedy udaje się wyciągnąć 1 tys. - zdradza właściciel Commo Creative. - Mamy projekty, nad którymi pracujemy miesiąc, czasem półtora, pieniądze wpływają po skończonej pracy. A pracy jest sporo - dodaje.
Commo Creative zajmuje się tworzeniem wizerunku marki danej firmy na rynku - projektowaniem ulotek reklamowych, wizytówek, plakatów, reklam w komunikacji miejskiej i stron www. - Klientów mamy bardzo różnych, od całkowicie małych firm, przez agencje modelek, do dużych firm produkujących np. systemy mgłowe do gaszenia pożarów i dezynfekcji. Naszym najciekawszym klientem okazał się fryzjer dziecięcy - zrobiliśmy nawet dyplomy pierwszego strzyżenia - opowiada Leszek. Klientem Commo Creative jest również Michał Gajo - współtwórca nowo powstającej w Lublinie gazety studenckiej S4S (Students for Students) i kolega Leszka z uczelni. - To coś w rodzaju barteru - Leszek zrobi nam stronę www, my zamieścimy reklamę jego firmy w gazecie - tłumaczy Michał, student czwartego roku politologii.
Studenci dla studentów Gazeta S4S rusza od października jako wkładka do lubelskiego pisma "MM". - Na razie będzie to miesięcznik, ale w przyszłości postaramy się wydawać gazetę co dwa tygodnie - mówi Michał. - W Lublinie taka inicjatywa spotkała się z większym entuzjazmem niż w Warszawie, tam jest gorzej z pracą. Już mamy około 20 osób, które są chętne dla nas pisać, wiadomo - na razie za darmo, ale myślę, że najwyżej po drugim, trzecim numerze zaczniemy płacić honoraria - dodaje. Gazeta jest już zarejestrowana w sądzie, został nadany numer ISSN, wydawcą na razie jest Wyższa Szkoła Handlu i Finansów Międzynarodowych w Lublinie. - Formalności załatwiłem sam. To jest trochę trudniejsze niż w przypadku zakładania normalnej firmy, ale do przejścia. Koszty to około 400 zł - mówi Michał, który w redakcji S4S będzie zajmował się marketingiem i promocją. Gazeta ma mieć 15 tys. nakładu, co będzie kosztowało ok. 8 tys. zł. - Duża część zysków będzie pochodziła z reklam. Na razie działamy na zasadzie wymiany barterowej, m. in. z Orange i mBankiem. Mam nadzieję, że po paru miesiącach uda nam się wypracować zysk ok. 2 tys. zł miesięcznie na osobę - tłumaczy Michał. - Myślę, że zainteresujemy odbiorców - studentów. Będzie sześć działów i w każdym numerze długi wywiad. W tym Kazik, w drugim i trzecim - Aleksander Kwaśniewski i Wojciech Olejniczak - dodaje.
Wirtualne huśtawki Odbiorców udało się przyciągnąć również Mateuszowi Gordonowi, który zaraz po studiach założył sklep internetowy mebledladziecka.pl. Sprzedaje łóżeczka, kojce, szafy, skrzynie na zabawki, kołyski i przewijaki. - Mam bardzo szeroką ofertę, ponad 1500 produktów - oprócz mebli dostępne są rzeczy takie jak huśtawki czy foteliki - mówi Mateusz. - Poza tym zależało mi na tym, żeby zaistnieć w google. Na razie nie stać mnie na kampanię reklamową z prawdziwego zdarzenia, więc postawiłem na marketing wyszukiwarek. Z google korzysta 95% użytkowników - dodaje. - Założenie sklepu internetowego nie jest trudne. Wystarczy komputer i Internet. Tworząc stronę www skorzystałem z gotowej platformy, dopracować to pomógł mi kolega
grafik. Całkowity koszt to niecałe 2 tysiące zł. Jak na razie firma działa na tyle sprawnie, że działalność opłaca się - tłumaczy Mateusz. - Wiadomo, Internet jest bardzo płynnym rynkiem, bardzo częste są tzw. wojny cenowe. Ale jeżeli trafi się na branżę, gdzie marża jest wysoka, a konkurencja niezbyt duża, to biznes się kręci - dodaje.
W firmie pracują zdalnie dwie osoby i dodatkowo zatrudnione biuro rachunkowe. - Księgowość kosztuje mnie jakieś 200 zł miesięcznie, teraz planuję zainwestować w dodatkową osobę do obsługi klienta. To dla mnie ważne, żeby klient był traktowany perfekcyjnie - tłumaczy. Mateusz w grudniu 2008 roku ukończył warszawską Szkołę Główną Handlową, firmę założył w maju - Studia trochę mi w tym pomogły. Wałęsałem się po kilku mniejszych i większych korporacjach i wiem, że to nie dla mnie. Wolę wziąć sprawy w swoje ręce - przyznaje.
Kill Grill Tak samo jak Igor Konefał i Edyta Żółtańska, którzy świeżo po studiach (politologia ze specjalizacją kultura w społeczeństwie medialnym) założyli firmę cateringową Kill Grill. - Oboje pracowaliśmy w PR i dużo się tam nauczyliśmy. Teraz wykorzystujemy to we własnej firmie - mówi Igor. Kill Grill działa od czerwca. - Na razie współpracujemy z restauracją mojego taty, jeżeli nasz pomysł się sprawdzi, zarejestrujemy firmę w przyszłym roku - mówi Edyta. A pomysł polega na zaoferowaniu klientom nowoczesnej wersji grillowania. - Organizujemy imprezy firmowe, dla dzieci, bardzo duże jak na targach tatuażu, mniejsze jak np. przy otwarciu klubu. Serwujemy inne niż tradycyjnie kojarzone z grillem potrawy - stawiamy na oryginalność i nowoczesność - opowiadają. W menu obok szaszłyków z krewetek, karkówki z szałwią i tymiankiem, skrzydełek marynowanych w coca - coli, znajdują się banany w bekonie i łosoś marynowany w whisky i brązowym cukrze. - To nasze specjały. Ma być świeżo i smacznie - mówi Edyta. - Szczególną uwagę przywiązujemy do szczegółów - mamy elegancką jednorazową zastawę, świeże zioła w doniczkach - to drobnostki, ale w ten sposób chcemy wypracować sobie markę, niekoniecznie od razu zysk - opowiada Igor.
Do tej pory zainwestowali w firmę jakieś 7 - 10 tys. zł. - Kupiliśmy grill gazowy - jedzenie przygotowywane na węglowym jest niezdrowe. W Stanach w ogóle się ich już nie używa. - mówi Edyta. - Planujemy kupić samochód dostawczy, bo inaczej nadal będziemy musieli taki wynajmować, a to znacznie zwiększa koszty - dodaje. Koszty jednak szybko się zwracają. - Są imprezy, takie jak targi tatuażu, które mają ok. 30 tys. obrotu, a są też takie, na których zarabiamy 600 - 700 zł. W każdym razie nie ponosimy strat, a przez ten rok chcemy się jeszcze tego uczyć - mówi Edyta. Jeżeli wszystko się powiedzie oferta wkrótce zostanie rozszerzona. - Grill wcale nie musi być sezonowy. Ten, który kupiliśmy świetnie sprawdza się także zimą. Myślimy o organizowaniu np. imprez na stokach narciarskich czy zabawy sylwestrowej. Dostaliśmy ostatnio propozycję zorganizowania części przyjęcia weselnego - grill ma być dodatkową atrakcją. To dobra alternatywa dla znudzonych tradycyjnymi przyjęciami - tłumaczą.
Przygotowanie takiej imprezy wymaga sporo pracy. - Ostatnio musieliśmy przygotować 4,5 tys. szaszłyków - wspomina Edyta. Poza tym taka praca ma też swoje minusy. - Zdarzyło nam się robić przyjęcie dla ludzi, którzy po alkoholu zachowywali się niezbyt fajnie - mówi Igor. - Ciężko jest też upilnować płatności. Mieliśmy taką sytuację, że zastanawialiśmy się, czy na pewno dostaniemy pieniądze - opowiada Edyta. - Teraz pilnujemy, żeby faktura była podpisana najpóźniej w dniu imprezy, ale większych problemów nie mamy - dodaje. - Zauważyliśmy, że dużo łatwiej jest nam - młodym ludziom - nawiązywać relacje z dostawcami czy klientami niż np. mojemu tacie, który od wielu lat jest restauratorem - ludzie patrzą na nas przychylniej. A dla nas takie relacje są bardzo ważne. Studia i praktyka w PR nam w tym pomogły - zaznacza Edyta.
Studia nie pomogły za to Andrzejowi Niecikowskiemu, który po ukończeniu w 2008 roku politologii założył agencję hostess i modelek Media Style. - Studia, stwierdzam z bólem, nijak mają się do tego, co teraz robię. Wszystko, czym obecnie się zajmuję, to wynik ciężkiej 6 - miesięcznej pracy i przygotowań. Sam buduję strony swoich firm, sam je promuję i pozycjonuję, sam robię za sekretarkę, managera, wykonawcę i szefa - mówi Andrzej, właściciel firmy. Podobnie było w przypadku Macieja Mazura, studenta trzeciego roku stosunków międzynarodowych. - Moje studia nie mają chyba żadnego punktu wspólnego z tym, co robię. Studia w Polsce to teoria, firma to praktyka. Dwa różne światy - mówi Maciej.
Zobacz, o czym jeszcze przeczytasz w ramach akcji:
Weź udział w konkursie i wygraj 24 tysiące złotych: 