Dziś dla polskich studentów brytyjski Oksford, amerykański Yale czy włoska Padwa nie są już nieosiągalne. Nikt nie wykonuje takich wolt jak Radosław Sikorski, minister spraw zagranicznych, który w latach 80. musiał uciekać do Oksfordu w obawie przed prześladowaniami w Polsce. Dziś Sikorski twierdzi, że tamtejsze studia były prawdziwą szkołą życia i zachęca polskich maturzystów do zdawania na tę brytyjską uczelnię oraz do poznawania samego miasta - majestatycznego, pięknego i, o dziwo, bardzo rozrywkowego.
Work hard, play harder Tomasz Siergiejuk z Białegostoku był jednym z polskich pionierów, jeśli chodzi o studiowanie za granicą. Wybrał satelickie miasto Nowego Jorku New Haven, gdzie mieści się jeden z najsłynniejszych i najbardziej prestiżowych uniwersytetów na świecie - Yale University. Rodzina i znajomi z podziwem obserwowali jego zmagania z egzaminami na tę uczelnię. Jeździł do Warszawy na rozmowy kwalifikacyjne, wszystkie dokumenty musiał tłumaczyć na angielski i prosił swoich nauczycieli o rekomendacje. Trud się opłacił - jako nieprzeciętnie zdolny humanista, a zarazem fan nauk ścisłych ukończył Yale w 2007 r. z dwoma dyplomami - ekonomisty i germanisty. Podnowojorskie New Haven od razu mu się spodobało - ludzie nie spieszą się tu tak jak w wielkim mieście, jest mniej samochodów, mniej wielkomiejskiego harmideru. Tomek szybko wsiąkł w sielankową atmosferę miasteczka, tym bardziej, że w weekendy były tam podobno najlepsze imprezy na całym wschodnim wybrzeżu USA. Zasada: "Work hard, play harder", czyli: "dużo pracujesz i jeszcze więcej imprezujesz" pasowała do życia w uniwersyteckim New Haven jak ulał.
Polscy studenci na amerykańskich uczelniach lubią podkreślać, że paradoksalnie koszty życia w New Haven czy Cambridge pod Bostonem, gdzie mieści się prestiżowy Uniwersytet Harvarda są niższe niż w Polsce. W Cambridge ceny żywności są nawet niższe niż w Warszawie, ceny w pubach i restauracjach bardzo podobne - obiad z dwóch dań w przeciętnej restauracji w Cambridge kosztuje 60 zł. To tylko trochę więcej niż posiłek w jednym z warszawskich barów. Hanna Sankowska z Kutna, która półtora roku temu ukończyła nauki polityczne na Harvardzie twierdzi, że dużo więcej kosztowałyby ją studia w Warszawie, gdzie musiałaby wydać co najmniej 1,2-1,5 tys. zł miesięcznie za wynajęcie mieszkania. Tymczasem Harvard oferuje pełne stypendia wszystkim osobom, których suma rodzinnych zarobków nie przekracza 60 tys. dolarów rocznie. Podobnie jest w przypadku Yale i innych czołowych amerykańskich uniwersytetów należących do tzw. Ivy League (Ligi Bluszczowej), zrzeszających najbardziej prestiżowe uczelnie, na które najtrudniej się dostać. - Wielkie uczelnie z tradycjami finansują studentom pobyt i studia, ale też mają gigantyczne wymagania. Studiując na Harvardzie, Yale czy Princeton trzeba mieć na uwadze to, że nie można sobie pozwolić na absencję na wykładach, ściąganie czy podchodzenie kilkakrotnie do tego samego egzaminu - mówi Adam Wijecki, który miał zajęcia z informatyki na kilu amerykańskich uczelniach technicznych. - To, co w Polsce jest często normą, w Stanach jest absolutnie nie do pomyślenia i grozi nawet ostracyzmem towarzyskim - dodaje.
Dla młodego człowieka, który chce poznać w całej swej krasie życie studenckie Stany Zjednoczone mogą więc wydać się miejscem nieco archaicznym. Ma wprawdzie możliwość wyboru uczelni w większych miastach, które tętnią życiem, jak Nowy Jork czy Los Angeles, ale tamtejsze uczelnie nie zapewniają łatwego startu w przyszłość i o absolwentów mniej znanych uczelni nie biją się potem headhunterzy. Co innego w Harvardzie czy Yale. Absolwenci tych uczelni - harwardczycy i yailies - kontaktują się między sobą, zakładają kluby i pomagają sobie nawzajem w znalezieniu pracy. W Stanach to oczywiste, że jeśli np. do absolwenta Yale zwróci się inny absolwent z prośbą o pomoc w znalezieniu pracy, zawsze taką pomoc otrzyma.
Urok Europy Polacy ze względu na odległość od Stanów i konserwatywny stosunek wykładowców do studentów wolą podbijać europejskie miasta i europejskie uniwersytety. Tu, poza studiowaniem, chodzeniem z książkami pod pachą po kampusie poznaje się tysiące ludzi, nawiązuje kontakty i wielkie przyjaźnie. Dziś w europejskich miastach studiuje już ok. 42 tys. Polaków. Moda na studiowanie przede wszystkim w krajach starej Unii zaczęła się z chwilą przystąpienia Polski do Wspólnoty w 2004 r. Wówczas spadły opłaty za studia - co najmniej o połowę. Np. w Wielkiej Brytanii polscy studenci płacą tej samej wysokości czesne, co Brytyjczycy. Jeśli przed majem 2004 r. rok nauki na dobrej uczelni kosztował np. 10 tys. funtów, teraz cena zazwyczaj nie przekracza 3 tys.
Europejski program Erasmus od 11 lat umożliwia swobodną wędrówkę Polaków-studentów po miastach Europy. Polacy na dwa lata, rok lub jeden semestr zatrzymują się w Vigo, Rzymie, Lyonie czy Odense, gdzie studiują i co najważniejsze - jest to honorowane przez polskie uczelnie. Według opinii większości polskich studentów, którzy odpowiadali na ankiety Erasmusa, najprzyjemniejsze do studiowania są miasta południowej Europy - tętniące życiem wieczorami i nocą. Polacy polecają często niewielkie miejscowości, np. włoskie Viterbo, oddalone dwie godziny jazdy pociągiem od Rzymu. Natalia Michalak studiowała na tamtejszym Universita'degli studi della Tusia dwa kierunki: literaturę współczesną i kulturoznawstwo. Twierdzi, że studiowanie w niewielkiej miejscowości to ogromny atut, bo wszyscy się tam znają, a erasmusi - ci, którzy przyjechali na studencką wymianę - trzymają się razem. Ceny są takie same jak w Polsce - począwszy od żywności, poprzez ceny odzieży czy obiadu w restauracji. A jeśli najdzie ochota na wyjazd do muzeum, teatru czy opery zawsze można wsiąść w pociąg i pojechać do Wiecznego Miasta.
Do Francji z kolei może zachęcić protekcjonizm ze strony uczelni. Zwracają one studentom ponad 30% kosztów czynszu, więc studia np. w niewielkim mieście mogą się okazać dość tanie. Katarzyna Zuterek, która studiowała filmoznawstwo w Lyonie, drugim pod względem wielkości mieście we Francji, chwaliła podejście uczelni do studenta, która pomaga znaleźć mieszkanie, wybrać kursy i organizuje nawet zajęcia pozauczelniane. Poza tym Lyon, jak twierdzi Zuterek, przypomina Łódź: - Jest tu mnóstwo fantastycznych, klimatycznych knajpek, pubów i przytulnych kafejek, ściśniętych pomiędzy budynkami fabrycznymi, często zabytkowymi - mówi. No i to towarzystwo z całego świata - od Malezji przez Haiti aż po Koreę Płd. Znajomości potem owocują - np. wielu Polaków, którzy wyjechali na wymianę do krajów skandynawskich, dziś pracuje w szwedzkich i norweskich firmach informatycznych i zarabia równowartość od 10 do 30 tys. zł miesięcznie.
I właśnie praktyczną stronę studiowania w miastach Skandynawii polecają studenci kierunków ścisłych. Na technicznej uczelni w Odense pracuje się w dużych grupach, a nie indywidualnie, jak w Polsce. Siłą rzeczy poznaje się różnych ludzi o podobnych zainteresowaniach i umiejętnościach. A po zakończeniu studiów do polskich studentów dzwonią telefony od dawnych kolegów z uczelni, dziś specjalistów od
IT w dużych spółkach informatycznych: "czy chciałbyś z nami pracować?". - Ale nie samą pracą człowiek żyje - opowiada Jacek Maj, który rok studiował w Odense. - Ciekawe, że część imprez sponsorowana jest przez Unię, w ramach Erasmusa. Np. w ramach European Students Network przysługują talony na piwo i bezpłatny wstęp na taneczne imprezy. W bardzo drogiej Danii taka pomoc odciąża finansowo studentów.
Od czego zacząć zagraniczne studiowanie Niestety, wyjazd na programu Erasmus poprzedzony jest dość żmudną, biurokratyczną procedurą. Po pierwsze, trzeba być studentem co najmniej drugiego roku studiów pierwszego stopnia, posiadać obywatelstwo jednego z krajów uczestniczących w programie Erasmus (to dotyczy wszystkich dorosłych Polaków), nie można też przebywać w trakcie stypendium na urlopie dziekańskim. Pobyt na uczelni zagranicznej powinien trwać nie krócej niż trzy miesiące i nie dłużej niż rok - zarówno w przypadku wyjazdu na studia, jak i praktykę.
Grant Erasmusa ma pokryć część kosztów związanych z wyjazdem i pobytem na zagranicznej uczelni (zależnie od kraju można dostawać od 200 do 600 euro miesięcznie). Choć te pieniądze mogą wydawać się duże, to zwykle wystarczą tylko na opłacenie mieszkania. Można przedłużyć pobyt z semestru na rok, jednak trzeba liczyć się także z tym, że na drugi semestr nie otrzymać dofinansowania. Warto dodać, że krajowe stypendia naukowe lub socjalne, które przysługują na rodzimej uczelni są wypłacane także w trakcie pobytu za granicą. Część uczelni dodatkowo dofinansowuje swoich stypendystów z własnych środków: pokrywając koszty ich podróży, dopłacając pewną kwotę do grantu unijnego albo zwalniając z części lub całości czesnego.
Żeby wyjechać, trzeba zgłosić się w swojej uczelni do koordynatora Erasmusa i wziąć udział w rekrutacji. Po zakwalifikowaniu przez komisję rekrutacyjną, należy skontaktować się z uczelnianym/wydziałowym koordynatorem Erasmus - to on pomaga opracować "Porozumienie o programie zajęć" (Learning Agreement - LA). Trzeba zapoznać się także z ofertą uczelni partnerskiej, by uniknąć niespodzianek - sprawdzić terminy wysyłania dokumentów (Learning Agreement, formularz zgłoszeniowy i wniosek o zakwaterowanie) i zasady zaliczania przedmiotów. Konieczna jest też wiedza o tym, czy w wybranym kraju jest wymagane zezwolenie na pobyt dłuższy niż trzy miesiące.
