Kariera po studiach

Rozmawiała Katarzyna Włodkowska
26.10.2009 , aktualizacja: 03.11.2009 16:50
A A A
Jaką wybrać uczelnię, by potem znaleźć się na rynku pracy? - Trzeba postawić na jakość, ale nie zapominać, że na rynku niedługo będą się liczyć kompetencje, a nie kwalifikacje.

Psychotesty - sprawdź, czy jesteś pracoholikiem



Od tygodnia w cyklu Wyższa Szkoła Wstydu piszemy o kondycji polskich uczelni. W sondażu PBS DGA przeprowadzonym specjalnie dla "Gazety" zarówno wykładowcy, jak i studenci zarysowali prawie idealny obraz, ale w niektórych odpowiedziach widać było, że "coś jest nie tak". I tak np. połowa studentów i wykładowców uznała, że z większości zajęć można by zrezygnować bez straty dla studiów. Co piąty student przyznał, że zapłaciłby za pracę magisterską.

Pytaliśmy też o motywację wyboru studiów, m.in. pod kątem znalezienia pracy. Na twierdzenie: Młodzi ludzie idą dziś na studia, bo dziś trzeba mieć jakikolwiek dyplom, bez tego nie ma szans na pracę - tak odpowiedziało 81 proc. wykładowców i 82 proc. studentów. Czy rzeczywiście dziś na rynku liczy się jakikolwiek dyplom?

Rozmowa z Marcinem Nowickim ekspertem rynku pracy Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową

Katarzyna Włodkowska: Co dziś warto studiować?

Marcin Nowicki: Pytanie powinno brzmieć nie co, ale gdzie.

Jak to gdzie? Mamy 16 uniwersytetów, publiczne i prywatne uczelnie ekonomiczne, techniczne, medyczne, artystyczne. Do wyboru, do koloru.

- Ale ja za taki wybór dziękuję. Problem polega na tym, że w Polsce trudno mówić o optymalnym kierunku, patrząc na jakość kształcenia.

Jak wynika z analizy zamówionej przez resort nauki, w 2013 r. w Polsce znajdą się wolne miejsca pracy dla 46 tys. inżynierów. A w szczególności dla absolwentów: matematyki stosowanej i finansowej, fizyki technicznej lub informatycznej. Jak to nie są optymalne kierunki, to jakie?

- Po pierwsze, z punktu widzenia nowoczesnej gospodarki bezwarunkowa teza, że tylko inżynierowie są przyszłością, jest nieprawdziwa. Wiedza została podzielona na: analityczną (naukową), inżynierską i syntetyczną. Sukces osiągną te kraje czy regiony, które będą umiały te trzy elementy ze sobą zgrać, czyli umiejętnie połączą to, co zostało już wymyślone, tworząc coś nowatorskiego. Polska nie powinna już inwestować w ośrodki naukowe, tylko kupować - z USA czy Chin - wiedzę dostępną, a wciąż nowatorską na naszym rynku, bo i tak nie jesteśmy w stanie prześcignąć czy choć dogonić nakładów poczynionych w naukę przez Zachód czy Azję. Dlatego uważam, że sztywna, nawet pokusiłbym się o stwierdzenie przaśna inżynieria, którą kultywuje się na naszych uczelniach, nie ma przyszłości. Za dziesięć lat absolwenci politechnik znajdą się w równie beznadziejnej sytuacji co dziś psycholodzy i ekonomiści.

Resort nauki się myli?

- Nie, wakaty będą, ale pracodawca będzie miał nieco inne oczekiwania. Najważniejsze będą kompetencje, a nie kwalifikacje. Dlatego czas porzucić wąskie kształcenie, kwalifikacyjne, które wciąż dominuje na polskich uczelniach. Studenci ekonomii uczeni są tylko teorii. Studia te nie są praktyczne, dominuje brak nastawienia na kreatywność i innowacyjność. A za 10-15 lat zaletą będzie przede wszystkim wszechstronność, szczególnie w dynamicznie rozwijającej się branży ICT (technologie informacyjno-komunikacyjne). Brak obaw o pracę będą gwarantować: umiejętność pracy w każdym środowisku, wiedza o kulturach, znajomość psychologii i języków obcych. Bo co firmie po wykształconym menedżerze, który negocjując niesamowicie ważny kontrakt z Japończykami, nie wie, że potrafią oni zrezygnować z lukratywnego przedsięwzięcia, jeśli rozmówca spóźni się choć pięć minut? To samo dotyczy inżynierów. Też będą musieli rozwijać swoje umiejętności, poznawać kody kulturowe. Niby pojawiają się na kierunkach inżynierskich np. zagadnienia z psychologii czy zarządzania, ale to wciąż rzadkość. Dlatego uważam, że podział na kierunki jest wtórny.

To co ma zrobić biedny maturzysta?

- Mądrze wybierać, postawić na jakość uczelni. Dwa tygodnie temu brałem udział w debacie zorganizowanej przez Politechnikę Gdańską. Dyskusja dotyczyła kształcenia inżynierów budownictwa okrętowego, a raczej kłopotów z ich kształceniem, bo kierunek jest na wymarciu. Mówię panom dziekanom, że dzieje się tak, ponieważ ich model nauczania jest przestarzały. W ten sposób kształci się co najmniej imigrantów , bo przecież uczą inżynierów budownictwa okrętowego, na które w Polsce nie ma już zapotrzebowania. Krew ich zalała. A potem oliwy do ognia dolał dyrektor brytyjskiej szkoły morskiej, który powiedział wprost: w Wielkiej Brytanii też już nie buduje się statków, bo przemysł przeniósł się do Azji, ale nam się opłaca kształcić inżynierów o tej specjalności, bo dostosowujemy ich do bieżących potrzeb gospodarki. I zaczął opowiadać o kształceniu modułowym polegającym na tym, że uczelnia dodaje aspekt morski do innych powiązanych dziedzin. I tak, skoro rozwija się przemysł związany z platformami wiertniczymi, energią odnawialną czy podmorskimi badaniami geologicznymi, to uczą takiego inżyniera projektowania obiektów służących właśnie tej gałęzi gospodarki, a nie uparcie budowy samym statków. Wyjmują z układanki niepotrzebny klocek i wkładają nowy. A polskie politechniki uczą niemal tego samego co 20 lat temu, nie zauważając, jak dynamicznie zmienia się rynek. Zatem dyskusji pt. "Co powinienem zrobić, by rozwijać się w przyszłości" nie można sprowadzać do debaty o właściwych kierunkach.

Taką dyskusję można prowadzić w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy Niemczech, gdzie jak uczelnia wypuszcza w świat inżyniera, to wiadomo, że to dobry inżynier i będzie mógł pracować w wielu firmach.

- Dokładnie. W trakcie tej samej dyskusji na PG głos zabrał jeden z przedsiębiorców, przyznając, że takiego absolwenta muszą potem przez dwa lata dokształcać. A kolejny - że raz ze względu na niską liczbę absolwentów inżynierii okrętowej musiał zatrudnić np. inżyniera mechaniki z Politechniki Wrocławskiej. I okazało się, że jego wiedza była na dużo wyższym poziomie niż tych po "budowie statków". Ten inżynier mechanik po dwóch latach lepiej się sprawdzał. Czyli wygrała jakość uczelni. Nie mogę czasem oprzeć się wrażeniu, że publiczne uczelnie też postanowiły zostać kuźniami magistrów. Bo nie może chodzić o to, żeby po prostu otworzyć nowy kierunek: biotechnologia. Za tym musi iść jakość.

Stąd tłumy np. na dziennikarstwie?

- Pani pracuje w tym zawodzie, więc zapytam: ile osób w pani gdańskiej redakcji ukończyło dziennikarstwo?

Żadna.

- A czy jak panią przyjmowano do pracy, ktokolwiek pytał o tego typu wykształcenie?

Wręcz przeciwnie.

- Mamy zatem odpowiedź. Maturzysta nie wybrał mądrze, tylko złapał się na haczyk uczelni, która wie, że wielu młodych ludzi pociągają media oraz show-biznes, i postanowiła na tym zarobić. Bo wiadomo, że za każdym studentem idą pieniądze. Nakręcanie koniunktury na tego typu kierunki jest jeszcze bardziej absurdalne, biorąc pod uwagę to, że media aktualnie toczy fala zwolnień. Inna sprawa, że taki maturzysta uznał zapewne, że dziennikarstwo połączone z public relations będzie dobrze wyglądać w CV. A wszystko sprowadza się do tego, że kompletnie nic go nie interesuje. Choć niewykluczone, że będą tacy, którzy sobie na rynku świetnie poradzą. Znam wielu socjologów i dziennikarzy radzących sobie w biznesie.

No dobrze, ale nie wszyscy są w stanie dostać się na najlepsze polskie uczelnie lub wyjechać za granicę.

- Hitem tego roku była też kosmetologia w Łodzi. Wszystkich to zdziwiło, ale jeśli założyć, że wybór tych 21 osób na miejsce był świadomy i przemyślany, to może okazać się strzałem w dziesiątkę. W takim Pomorskiem ponad 60 proc. ludzi pracuje w usługach. Ten odsetek nie będzie maleć, bo społeczeństwo się bogaci. Dziesięć lat temu panie same obcinały sobie skórki i malowały paznokcie, dziś wiele z nich wydaje na to od kilkunastu do kilkudziesięciu złotych. Badania rynku pokazują, że za 10-15 lat nie zginie ten, kto zainwestuje w prywatne usługi medyczne, szczególnie diagnostykę i ubezpieczenia zdrowotne, branżę sportową, rekreację, spa, zdrową żywność czy usługi i produkty skierowane do osób starszych, e-branże i e-zawody, czyli w usługi wykonywane za pośrednictwem internetu. Patrząc więc na kosmetologię z perspektywy rozwijającej się gospodarki, nie jest to wcale zły wybór. Sukces osiągnie jednak ten, kto na tym nie poprzestanie i dalej będzie się rozwijał, dostosowując swoje kwalifikacje do potrzeb rynku. Bo na czym polega obecny problem ze stoczniowcami? Nikt nie przygotował ich na to, że w życiu trzeba zmieniać pracę.



Zobacz także