Po studiach do garów?

Magdalena Grzebałkowska
2008-05-15, ostatnia aktualizacja 2002-04-16 16:35

Przez dwa tygodnie szukałam w Gdańsku pracy. Chyba najbliżej byłam posady w obuwniczym, gdzie potrzebowali kreatywnego sprzedawcy. Z 85 ofert właściciel wybrał jednak dziewczynę, która do życiorysu dołączyła opowiadanie i swoje zdjęcie od chrztu

Dziewczyna za ladą żuła gumę. Na ścianie, za jej plecami, wisiało wielkie, różowe ogłoszenie: "Do pracy w barze przyjmę".

- Ile masz lat? - zapytała mnie dziewczyna.

- Dwadzieścia dziewięć.

- I co, uczysz się jeszcze?

- Nie, skończyłam studia już sześć lat temu.

Dziewczyna przestała żuć: - To pani pewnie chce pracę na stałe. A my szukamy kogoś na zmywak, w weekendy, trzy pięćdziesiąt za godzinę.

Szybko policzyłam w pamięci - bar w weekendy jest czynny dziesięć godzin dziennie. W trzy dni mogę zarobić sto pięć złotych. Po miesiącu będę miała czterysta złotych i wolne tygodnie, żeby znaleźć jeszcze inne zatrudnienie.

- Bardzo mi zależy na pracy - powiedziałam. - Zgadzam się na warunki.

Dziewczyna kazała mi zostawić numer telefonu. Obiecała, że szefowa się zastanowi, czy jej odpowiadam.

- Na pewno zadzwoni za kilka dni! - zawołała do mnie, gdy wychodziłam z baru.

Dla tysiąca złotych nie będę grymasić

Na dwa tygodnie wcieliłam się w bezrobotną dziewczynę, która rozpaczliwie szuka pracy. Chciałam sprawdzić, czy naprawdę trudno jest się gdzieś zatrudnić. A może statystyki kłamią i praca czeka, tylko leniom się nie chce jej poszukać?

Postanowiłam nie grymasić, tylko wziąć każdą pracę, która będzie w Trójmieście - sprzątaczki, sprzedawczyni czy opiekunki do dziecka.

Chciałam zarabiać co najmniej tysiąc złotych miesięcznie. Ta suma pozwoliłaby mi przeżyć miesiąc, pod warunkiem, że nie wynajmuję mieszkania, kupuję bilety miesięczne, nie kupuję ubrań, oszczędzam gaz i prąd.

Poniedziałek: kupuję gazety z ogłoszeniami

Wydaję na to (6 zł). Dzwonię do: hurtowni okularów przeciwsłonecznych (praca w sezonie), myjni ręcznej (już nieaktualne), hurtowni wielobranżowej (praca dla akwizytorów), sklepu z biżuterią nad Motławą (znów praca w sezonie), ludzi szukających opiekunki do dziecka we Francji (mam się zgłosić we wtorek o dziewiętnastej), hotelu pod Gdańskiem, gdzie szukają recepcjonistki (mam być w piątek o czternastej).

Nie dla mnie praca sprzątaczki w luksusowych apartamentach (nie mam dobrych referencji), praca kelnerki i pomocy kuchennej na promie (brak doświadczenia), opiekunki do starszej osoby we Włoszech (jestem dla ogłoszeniodawców za młoda).

Odkładam gazety. Jadę do centrów Gdańska, Sopotu i Gdyni poszukać ogłoszeń na szybach sklepów (bilety ok.10 zł).

Wtorek: z dziećmi do Francji?!

Na spotkanie z ludźmi, którzy szukają opiekunki do dziecka we Francji, ubieram spodnie i marynarkę. Wydaje mi się, że dżinsy i sweter nie wzbudzą zaufania. Skromne uczesanie, lekki makijaż. Na miejsce dojeżdżam tramwajem (3 zł). Przyszli pracodawcy czekają w mieszkaniu w bloku. W przedpokoju, na krzesłach, siedzi już kilka kobiet. Przeważnie starsze, takie ciocie-babcie w swetrach. Co piętnaście minut wchodzą do salonu za drzwiami. Przychodzi moja kolej.

  • 79 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

  • Re: Po studiach do garów? urszulazawidzka@gazeta.pl 09.09.02, 13:11

    nie wiesz o tym , ze pracy nie bedziesz miala jesli ktos znajomy , luz chocby znajomy znajomego ci jej nie zalatwi? ewentualnie potrzebujesz duzo farta, ale jak mowisz chyba nie masz go zbyt»