Praca, potem studia

Rozmowa z dr. Wiktorem Bołkunowem z Katedry Polityki Gospodarczej SGH, specjalistą od przedsiębiorczości
2011-03-22, ostatnia aktualizacja 2011-03-22 16:52

- Etatów ubywa i będzie ubywać - ostrzega dr Wiktor Bołkunow
- Etatów ubywa i będzie ubywać - ostrzega dr Wiktor Bołkunow
BARTOSZ BOBKOWSKI

Powiedzmy jasno - wyższe wykształcenie nie daje nikomu żadnej gwarancji pracy i zarobków. Ono tylko otwiera możliwości.

ZOBACZ TAKŻE


Aleksandra Szyłło: Czy dwudziestoparolatki z wyższym wykształceniem rozpoczynający życie zawodowe mają gorzej niż ich koledzy 10 lat wcześniej? Wskaźnik bezrobocia wśród osób w wieku 19-24 lat w Europie jest najwyższy od pół wieku. Międzynarodowa Organizacja Pracy mówi o "straconym pokoleniu". Młodzi są bez szans?

Dr Wiktor Bołkunow z SGH: Z mojego punktu widzenia, czyli ekonomisty zajmującego się przedsiębiorczością, określenie "stracone" jest fatalne. Jeśli powiesz komuś "jesteś stracony", zachęcasz go do bierności, dajesz komunikat "i tak twoje wysiłki na nic". A jest odwrotnie. Sytuacja na rynku pracy jest trudna i dlatego właśnie młodzi muszą zdobyć się na odwagę i przedsiębiorczość. Nikt nic za nich nie zrobi, a etatów będzie coraz mniej. Pierwszym krokiem jest rozpoznanie - gdzie ja jestem? Jaki jest dziś ten rynek pracy? Bo on się nieustannie zmienia. A następnie nie należy siedzieć z zamkniętymi oczyma i marzyć o czasach zaprzeszłych, tylko otworzyć te oczy szeroko i popatrzeć: co ja mogę zrobić, żeby zarobić na życie i jeszcze mieć z pracy satysfakcję?

To jak dziś wygląda ten inny rynek pracy?

- Dziś najwięcej pracy jest w usługach, co jest normalne w gospodarce rynkowej otwartej. Pracodawca coraz bardziej ceni czas, który poświęca na rekrutację nowych pracowników i coraz staranniej dobiera ludzi do firmy. Zdaje sobie sprawę, że koszt przeprowadzenia porządnej selekcji jest mniejszy niż koszt związany z ryzykiem zatrudnienia osoby nieodpowiedniej. Często angażuje specjalistów od rekrutacji, w tym psychologów, by zminimalizować błędy.

Jest coraz mniej etatów, bo przedsiębiorstwa coraz więcej prac zlecają firmom zewnętrznym. Tak się opłaca. Okazuje się, że różne działy w firmach są niepotrzebne, że było tam ponadzatrudnienie. Koszty trzeba minimalizować. Dlatego młodzi stają przed ogromnym wyzwaniem. Wielką szansą dla Polski, jak i każdego innego kraju są ludzie, którzy nie czekają na etat i zakładają własną działalność. Dla ekonomisty jest jasne, że to przedsiębiorczość i kreatywność są motorem rozwoju. A najważniejsze, co trzeba posiadać, aby założyć firmę przynoszącą dochód i satysfakcję właścicielowi - to pomysł.

Nie każdy jednak chce i może założyć firmę. Co ma zrobić młody człowiek, żeby odnaleźć się na rynku pracy?

- Po pierwsze - wejść na niego jak najszybciej! Dużym problemem jest to, że polski student przyswaja ogromne pokłady teorii, a nie idzie za tym wiedza praktyczna: jak i do czego tę teorię wykorzystać?

Magistrant, który nie ma żadnych praktyk czy staży na studiach, ma później małe szanse podczas rekrutacji do firmy. Jeśli magister na rozmowie z potencjalnym pracodawcą wykazuje się tylko dyplomem i żadnym doświadczeniem, może liczyć co najwyżej na staż. To przesądza też o wysokości wynagrodzenia. Dlatego błędem jest wchodzenie na rynek pracy dopiero po studiach. O tym mówi się od lat, ale wciąż gros młodych stawia się w takiej złej sytuacji.

Powiedzmy jasno - wyższe wykształcenie nie daje nikomu żadnej gwarancji. Ono tylko otwiera możliwości. Przez ostatnie 20 lat dwukrotnie wzrosła liczba absolwentów wyższych uczelni. To prawda, że kraje budują gospodarkę opartą na wiedzy, co jest bezpośrednio związane z kształceniem i rozwojem. Im więcej osób z wyższym wykształceniem, tym lepiej dla rozwoju danego państwa. Ale przyjrzyjmy się jakości tego wykształcenia. Powstało dużo szkół prywatnych, różnej jakości. Słabe uczelnie prywatne mają swój udział w tym, że tytuł magistra nie znaczy już dziś tego, co kiedyś. Funkcjonują placówki ukierunkowane wyłącznie na zarabianie pieniędzy.

To może rozwiązaniem jest: najpierw praca, potem studia?

- To kolejne pytanie: na ile wykształcenie jest adekwatne do potrzeb rynku. W Polsce brakuje inżynierów, informatyków, natomiast mamy nadmiar absolwentów pewnych kierunków - np. marketingu i zarządzania, politologii czy psychologii. Radzę więc zorientowanie się, w jakich zawodach będzie praca przed podjęciem decyzji o kierunku studiów. A potem dokształcanie, ale mądre. Nie idźmy na studia podyplomowe tylko dlatego, żeby urozmaicić sobie weekendy lub zabić smutek po rozwodzie. Wydanie dużych pieniędzy i nagromadzenie dyplomów, jeśli nie idzie za tym polepszenie sytuacji zawodowej, prowadzić może tylko do frustracji. Studia podyplomowe są świetnym rozwiązaniem, ale tylko pod warunkiem, że są precyzyjnie wybrane. Ja ukończyłem cztery kierunki studiów podyplomowych. W większości sam je opłacałem, ale dokładnie wiedziałem, po co to robię.

Co państwo powinno robić, żeby pomóc młodym odnaleźć się na rynku pracy?

- Powinno zachęcać pracodawców, aby przychodzili na uczelnie i brali studentów na praktyki. Dobrym pomysłem jest dofinansowanie tych staży, np. do wynagrodzenia stażystów, albo jakieś ulgi dla firm, które zdecydują się studentów przyjmować. Państwo, niestety, na tym oszczędza, a rachunek jest prosty. Taniej i sensowniej zapłacić za praktyki, niż dawać potem zasiłek bezrobotnemu.

Dużym problemem jest prawo pracy. Koszt zatrudnienia pracownika na stałe jest bardzo wysoki. Państwo powinno obniżyć koszty zatrudnienia, zmniejszyć składki. Dlaczego w Polsce wciąż tak dobrze ma się szara strefa? Bo zaufanie na linii obywatel - urząd wciąż jest malusie. Poszczególne urzędy wciąż interpretują przepisy podatkowe po swojemu. A jaki stosunek ma państwo do podatnika, taki podatnik do państwa.

I edukacja. Kluczowy jest nacisk w wychowaniu na kształtowanie pewnych cech. Wspieranie przedsiębiorczości u młodego człowieka, bo sensowniej i taniej jest zapobiegać niż leczyć. Już w przedszkolu należy promować samodzielne myślenie, umiejętność realizowania własnego pomysłu, uczyć dzieci robienia burzy mózgów, puszczania wodzy fantazji. Dziecko musi czuć, że jego pomysły, sposoby radzenia sobie z wyzwaniami są cenne. Nie doprowadzajmy do sytuacji, że dzieciak wstydzi się palnąć coś głupiego, wobec czego wybiera bezpieczne milczenie. Niech maluchy rzucają pozornie durne pomysły, bo wśród nich znajdą się też te fantastyczne! Dzieciak musi czuć wsparcie, aby realizować swoje inicjatywy, a nie tylko powtarzać po kimś lepszym i starszym dobry utarty wzór. To są takie niby-banały, ale jak się przyjrzeć nawet zachowaniu rodziców na placu zabaw, to widać, że tego wciąż jeszcze czasem brakuje.

Dziecko, które wierzy w swoje pomysły, gdy dorośnie, będzie potrafiło znaleźć lukę na rynku i kreatywnie ją zagospodarować. W gospodarce zawsze jest taka nisza. Wystarczy, siedząc w kawiarni, pomyśleć, czego brakuje klientom. To jasne, że nie wszyscy będą prowadzili własną działalność, ale ważne, aby państwo tworzyło warunki, by robiło to jak najwięcej osób. Jeśli mamy dobry pomysł i jesteśmy pracowici, to nigdzie nie uzyskamy wyższego wynagrodzenia niż w swojej firmie.

Własna firma kojarzy się z dużym ryzykiem: trzeba mieć na opłacanie ZUS, płacić podatki. Etat to jednak ciepły fotel...

- Po pierwsze - dla rozpoczynających prowadzenie działalności są zniżki na składki, więc zamiast się bać, lepiej sobie wszystko policzyć i może się okaże, że nie taki diabeł straszny. Studenci i absolwenci mogą brać udział w różnych projektach typu "inkubatory nowych firm", w konkursach na biznesplany. Trudno, z własnymi lękami trzeba sobie jakoś radzić. Można pójść do lasu pobiegać albo pomodlić się w kościele. Bez żartów. Etatów nie będzie więcej, tylko mniej. Musimy przyzwyczaić się do korzystania z bardzo różnych form zatrudnienia. Umowa-zlecenie, umowa o dzieło czy umowa na czas określony to nie są rozwiązania złe. To są rozwiązania, dzięki którym ludzie mają pracę. Musimy polubić myśl, że sami musimy sobie organizować pracę. A ciepły fotel zostawmy dla bardzo sędziwego dziadka na zasłużonej emeryturze.

Czy musimy przyzwyczaić się do myśli, że możemy mieć wykształcenie, pracę w Warszawie i żyć w biedzie?

- W dobie globalizacji i łatwego przepływu informacji wszyscy mamy długą listę potrzeb i silne przekonanie, że należy nam się możliwość odhaczenia wszystkich pozycji z listy. Niestety, prawda jest taka, że życie na wysokim poziomie materialnym nie jest dla wszystkich. Państwa nie stać na to, żeby podnieść średnie wynagrodzenie dla budżetówki, a sektor prywatny jeszcze bardziej liczy pieniądze.

Z różnych powodów to może być trudne, ale w dzisiejszym świecie podstawową cechą zapewniającą trwanie i rozwój na rynku pracy jest mobilność. Gotowość do wyjazdu za pracą. Osoba przywiązana do jednego miasta ma naprawdę trudniej, jeśli chodzi o rozwój kariery. Realia są też takie, że czasem człowiek, który chce żyć na wyższym poziomie, musi zdecydować się na wieloetatowość. Choć może trafniej nawet powiedzieć wielozleceniowość współpracę na wielu frontach. Bo jak już mówiłem, etatów ubywa i ubywać będzie.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów