Podwyżka w czasach kryzysu

Rozmowa z Katarzyną Ramirez-Cyzio
2011-10-24, ostatnia aktualizacja 2011-10-24 16:48

O większej pensji można rozmawiać nawet w trudnym dla firmy momencie. Żeby się udało, trzeba myśleć jak pracodawca i mieć pomysł na siebie.

Katarzyna Ramirez-Cyzio
BARTOSZ BOBKOWSKI
Katarzyna Ramirez-Cyzio
Marta Piątkowska: Proszenie o podwyżkę w czasach, kiedy firmy zwalniają lub nie zatrudniają nowych pracowników, to szaleństwo?

Jeżeli sensownie prośby uzasadnimy, to warto przynajmniej zwrócić się z taką prośbą do przełożonego. Przed rozmową z szefem powinniśmy odpowiedzieć jednak na kilka pytań. Czy dzięki podwyżce będziemy lepiej pracować ? Czy będzie miała wpływ na sprawniejsze funkcjonowanie firmy? Co chcemy dać w zamian za większe wynagrodzenie? Czy z perspektywy makroekonomicznej, nie wpędzi to firmy w kłopoty lub nie zakłóci jej funkcjonowania w trudnym czasie?

Takie podejście zachęca do myślenia z perspektywy pracodawcy, co jest skuteczniejsze, bo to jego chcemy przekonać. Gromadzimy merytoryczne argumenty, które trudniej podważyć.

Dla pracowników brzmi to co najmniej heroicznie. Zarabiam mało i jeszcze mam się przejmować wynikami firmy oraz kombinować, jak dorzucić sobie pracy?

Niestety, prawda jest taka, że im gorzej wiedzie się firmie, tym gorzej żyje się jej pracownikom. Jeżeli mamy w głowach podział na "ja i ta wielka korporacja", to ustawiamy się po drugiej stronie barykady i mamy poczucie, że jesteśmy wykorzystywani. Popatrzmy na miejsce pracy nieco cieplej, inaczej. Jak na szansę samorealizacji, możliwość zarabiania i funkcjonowania w zespole realizującym wspólne cele.

I co nam to da?

Staniemy się bardziej kompetentni i konkurencyjni, dzięki czemu wzrośnie nasza wartość i szansa na poprawę warunków zatrudnienia. Zaczniemy wyrabiać w sobie cechy poszukiwane na rynku, za które pracodawcy chętnie dobrze płacą. Mam na myśli: po pierwsze adaptacyjność - czyli umiejętność dostosowywania się do nowych warunków. Jeśli jest się np. świetnym marketingowcem, to nie ma znaczenia, na jakim produkcie się pracuje. Po drugie innowacyjność, czyli szukanie lepszych rozwiązań i uczenie się nowych nawyków. Trzecia cecha to przedsiębiorczość. Pracodawcy potrzebują osób, które szukają dodatkowych sposobów na zwiększenie przychodów firmy lub jej rozwoju. Ostatnie jest samoprzywództwo, czyli umiejętność wyznaczania sobie celów i dbanie o ich realizację.

Dzięki temu będziemy w stanie podnieść swoją cenę i przyjść do szefa z informacją, że to, co robimy, jest warte określonych pieniędzy, a my dostajemy mniej.

Jak wyliczyć swoją wartość?

Weźmy na przykład obsługę sekretariatu. To z pozoru proste stanowisko. Wycenia się je mniej więcej tak: mój szef zarabia tyle i tyle. Czas, który mu zaoszczędzę, odbierając telefony, prowadząc kalendarz, umawiając spotkania itd., jest wart określoną kwotę. Po odjęciu naszej pensji pokazuje, ile firma na nas zarobiła, mimo że teoretycznie nic nie wytworzyliśmy. Jeżeli dodatkowo znajdziemy sposób na to, jak w tym samym czasie robić jeszcze więcej, nasza wartość wzrośnie.

W najprostszej sytuacji jest oczywiście dział sprzedaży, ponieważ tam wyniki widać czarno na białym.

Podczas określania swojej wartości pytanie, które warto postawić na koniec, to: "Czy firma beze mnie jest w stanie istnieć, a jeżeli tak, to ile będzie musiała zapłacić na rynku komuś, kto wykona moją pracę?". Stawałam przed takim dylematem nieraz w czasie zarządzania działem HR. Co jest bardziej opłacalne - utrzymanie mojego działu czy zlecenie jego prac na zewnątrz? Jeżeli na podstawie tego porównania wyliczymy, że nawet po podwyżce będziemy tańsi niż nasza zewnętrzna konkurencja, nie bójmy się o tym powiedzieć.

Wycenienie własnego miejsca pracy jest co najmniej trudne. Do kogo zgłosić się po pomoc?

Zacząć od działu kadr - jeżeli nie będą umieli odpowiedzieć, powinien to wiedzieć dział kontrolingu (kontroli - kor.). Bardzo często firmy mają wyliczone, ile dokładnie jest warte konkretne stanowisko. W mniejszych firmach rozwiązaniem może być porównanie zarobków na podobnych stanowiskach w innych firmach działających w podobnej branży i skali.

Kiedy już zdobędziemy powyższe informacje, możemy się umówić na rozmowę.

Jak powinna wyglądać rozmowa - np.: "Szefie, zarabiam 2 tys., a wyliczyłam, że jestem warta trzy. Przychodzę po podwyżkę"?

A szef odpowie, że nie ma pieniędzy i wyjdzie pani z kwitkiem. Wycena pracy to jedno, druga kwestia to znalezienie powodu, dlaczego w takich, a nie innych okolicznościach powinniśmy zacząć zarabiać więcej. Argumentem dla przełożonego na pewno nie będzie staż pracy, podniesienie kwalifikacji, jeżeli nie da się wykorzystać nowo nabytej wiedzy na zajmowanym stanowisku czy posiadanie dzieci, które, jak wiadomo, kosztują. Proszę sobie wyobrazić, że to do nas przychodzi pracownik, i nie oferując nic w zamian, chce dostawać więcej, bo np. życie podrożało.

Prosząc o podwyżkę, roztaczajmy przed pracodawcą również perspektywę jego zysku. Mówmy o dotychczasowym wkładzie w pracę i efektach, jakie osiągnęliśmy. Podkreślajmy sukcesy i wymieniajmy dodatkowe zadania, jakie wykonujemy. Każdy z nas robi coś poza swoją podstawową działką, nie zapominajmy o tym.

Jak kontynuować rozmowę o podwyżce, jeżeli już po pierwszych słowach szef mówi: "Jest kryzys, nie mamy pieniędzy".

Odpowiedzmy: "Ok. Rozumiem, jest dla mnie ważne, że to mówisz, ponieważ w tym kryzysie ja wnoszę do firmy to, to i to, mam taki i taki pomysł. W związku z nim - jeżeli wypali - chciałbym dostać taką i taką premię".

Czasami można w ten sposób dostać dużo większe pieniądze niż przy stałej podwyżce. Bywa, że pracodawcy dla świętego spokoju dają 100 zł brutto więcej i zamykają temat.

Wyjście z inicjatywą i pomysł na to, co możemy zrobić inaczej, więcej lub lepiej może nam się dużo bardziej opłacić. To trudne, a nawet bardzo, bo wymaga dodatkowej pracy i myślenia, ale właśnie takie powinniśmy mieć podejście. Podwyżki nie dostaje się za nic, tylko za "więcej" lub "za lepiej".

Co w sytuacji, kiedy mimo pomysłów na ulepszenia wciąż słyszymy: "nie".

To moment, kiedy trzeba się zastanowić, czy za wszelką cenę chcemy pozostać w tym miejscu pracy. Może się zdarzyć, że szef mimo szczerych chęci nie będzie w stanie dać nam więcej, bo nie pozwala na to sytuacja firmy.

To bardziej sytuacja bez wyjścia niż moment na refleksje i przemyślenia.

Dlatego jestem zwolenniczką posiadania planu A, B i C. Plan A to rozwiązanie podstawowe, B na wypadek jak A nie wyjdzie i C - o czym wielu zapomina, strategia na nieprzewidziane okoliczności. Niestety, obecnie rynek zmienia się bardzo szybko, czy to w kryzysie, czy bez, przez co musimy mieć jakiś pomysł na siebie. Era "grzania jednego stołka" przez kilkadziesiąt lat minęła bezpowrotnie. Trzeba mieć alternatywy. I pamiętać o cechach, które wymieniłam: innowacyjność, adaptacyjność, przedsiębiorczość i samoprzywództwo. Ich posiadanie lub wypracowanie to potężny kapitał, o który czasem warto powalczyć bardziej niż o pieniądze.

*Katarzyna Ramirez-Cyzio jest konsultantem strategicznym i business coachem ICC, wykładowcą akademickim i menedżerem HR

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 23 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    17 głosów