Komu przeszkadza doktorat w CV

Mariusz Sepioło
05.01.2015 , aktualizacja: 01.03.2016 12:32
A A A
Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu. Inauguracja roku akademickiego

Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu. Inauguracja roku akademickiego (WOJCIECH KARDAS)

- Osoby z doktoratem myślą chłodno, praktycznie, analizują. Nadają się zarówno do pracy kreatywnej, jak w mojej agencji, ale równie dobrze poradziłyby sobie w firmie logistycznej. Skąd więc problemy ze znalezieniem pracy?
Uniwersytety są przesycone pracownikami naukowymi. Według danych GUS, w roku akademickim 2012/13 doktorantów było prawie 43 tys., przy czym tytuł doktora uzyskało wtedy ok. 5 tys. Według analiz OECD tylko 8 proc. absolwentów studiów trzeciego stopnia pracuje w biznesie. Reszta, przy odrobinie szczęścia, pozostaje na uczelniach. Środowisko akademickie z trudem przyjmuje nowy narybek, zwłaszcza że na co dzień zmuszone jest skupiać się na silnej, wewnętrznej konkurencji. Czy więc w czasach kryzysu i obniżania standardów doktorat daje szansę na start w życie zawodowe poza uczelnią? Czy to dobra pozycja w CV?

Rozczarowani i cyniczni, ale myślą praktycznie

Leszek, przedsiębiorca z Bydgoszczy, właściciel agencji reklamowej i firmy poligraficznej, a prywatnie ojciec dwojga studentów: - Doktorant przysyłający CV do moich firm to rzadkość. Na szczęście. Bo moim zdaniem miejsce tak wysoko wykształconych osób powinno być w zarządach, na stanowiskach kierowniczych. Może i jestem naiwny, ale chyba po to mamy uniwersytety, by kształciły odpowiedzialnych, mądrych ludzi, zdolnych do podejmowania najtrudniejszych decyzji.

W firmie Leszka przez krótki czas pracował student polonistyki ostatniego roku studiów doktoranckich. - Dorabiał do stypendium, z którego nie mógłby żyć na dobrym poziomie - opowiada Leszek. - To był zdolny, pracowity i skupiony na robocie chłopak. W pewnym momencie przekazałem mu koordynowanie najważniejszych projektów, bo widziałem, że ma do reklamy nosa, wyczuwa trendy, a przy okazji ma wiedzę, którą wyciągnął z magisterki, i zdolność analitycznego, metodologicznego myślenia z doktoratu. Właśnie tacy są doktoranci, z którymi miałem styczność. Myślą chłodno, praktycznie, analizują. Nadają się zarówno do pracy kreatywnej, jak w mojej agencji, ale równie dobrze poradziliby sobie w firmie logistycznej.

Jednak zdaniem Leszka wśród większości osób z wyższym wykształceniem, a wśród doktorów szczególnie, dominują dwie negatywne postawy. - Rozczarowanie światem i cynizm - mówi. - Uczyli się długie lata i to najczęściej bardzo solidnie. I słyszeli najpierw, że licencjat to nic, dopiero magister coś znaczy. Potem, że koledzy z magisterium stoją na ochronie w markecie. Zdecydowali się na przedłużenie wegetacji za niskie stypendium i w gazecie przeczytali, że doktorów nikt nie zatrudnia, bo nie mają doświadczenia. W lepszym świecie, w którym tytuł magistra miałby jakąś wagę, może nie poszliby na doktorat i nie przedłużali sobie nadziei.

Wykształceni lepiej od szefa

Zdaniem Agnieszki Jastrzębskiej z Centrum Informacyjno-Konsultacyjnego Zielona Linia zbyt dobre wykształcenie może być paradoksalnie utrudnieniem dla poszukujących pracy poza uczelnią. Ekspertka zaobserwowała, że wielu doktorów ukrywa swoje wykształcenie podczas procesu rekrutacji, czego powodem najczęściej ma być obawa, iż pracodawcy nie chcą zatrudniać osób o kwalifikacjach wyższych niż własne. - Pracodawcy wychodzą z założenia, że doktor będzie żądał wyższego wynagrodzenia niż przysługujące na danym stanowisku - twierdzi Jastrzębska.

A jeśli chodzi o zarobki doktorów, jest o co walczyć i czego wymagać. Z wyliczeń firmy Sedlak & Sedlak z 2013 r. wynika, że średnie zarobki doktorów (także pracujących naukowo) wynoszą 4,8 tys. zł brutto, o całe 800 zł więcej niż w przypadku magistrów. Na największe pensje mogą liczyć doktorzy nauk inżynierskich i ścisłych (do 7 tys. zł). Choć zarobki humanistów z tytułem doktora wynoszą zdecydowanie mniej, to i tak powyżej krajowej średniej (4 tys. zł).

Czego na pewno powinni się spodziewać doktorzy podczas poszukiwań pracy? Pytania, dlaczego po studiach nie zostali na uczelni. - W powszechnej opinii decyzja o napisaniu pracy doktorskiej świadczy, że dana osoba jest gotowa poświęcić się wyłącznie pracy naukowej, dlatego kandydowanie doktora do pracy w innym miejscu niż instytucja naukowa jest często odbierane jako dowód na niezdecydowanie co do planów życiowych i zawodowych - tłumaczy Jastrzębska.

Dorabiają, bo muszą

Jak wynika z raportu TNS Polska dla "Gazety Wyborczej" "Młodzi na rynku pracy - perspektywy pracodawców" z 2014 r., wśród pracodawców dominuje przekonanie, że szkoły wyższe niewystarczająco przygotowują studentów do wejścia na rynek pracy. Dla pracodawców najważniejszym punktem CV są umiejętności praktyczne. Jednocześnie największym niedoborem u kandydatów jest właśnie brak doświadczenia. W tej sferze widać wyraźny dysonans między oczekiwaniami rynku a realną sytuacją doktorantów. Pracodawcy poszukują najczęściej fachowców z konkretną wiedzą i umiejętnościami. Tymczasem studia doktoranckie nie służą zdobyciu czy nawet poszerzeniu praktycznych zdolności.

W myśl prawa o szkolnictwie wyższym studia trzeciego stopnia dają przede wszystkim możliwość zdobycia zaawansowanej wiedzy w danej dziedzinie nauki i prowadzenia działalności badawczej i twórczej. "Doktorat bardzo rzadko pojawia się jako wymóg w ogłoszeniach pracodawców (wyjątkiem są ogłoszenia instytucji badawczych, form R&D)" pisała dla miesięcznika "Perspektywy" Monika Domańska, kierowniczka Centrum Karier Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

Niezrozumienie, a w efekcie wspomniane wcześniej rozczarowanie, pojawia się także na styku oczekiwań doktorantów z uczelnianą rzeczywistością. W 2009 r. Zespół ds. Jakości Kształcenia Towarzystwa Doktorantów Uniwersytetu Jagiellońskiego opublikował wyniki ankiety wśród doktorantów UJ. Z badania wynika jasno, że doktoranci nie skupiają się tylko na zdobywaniu "zaawansowanej wiedzy naukowej", bo na co dzień muszą dorabiać. Większość z nich pracuje (w niepełnym wymiarze godzin) poza uczelnią. Jedna trzecia korzysta z grantów, a tylko 8 proc. otrzymuje dodatkowe środki wynikające z osiągnięć naukowych. Połowa korzysta z pomocy rodziców, tylko mniej niż połowa pobiera stypendium. Jednocześnie doktoranci narzekają, że w ramach studiów w ogóle nie są przygotowywani do... wejścia na rynek pracy. Nie zdobywają praktycznych umiejętności, o które tak często upominają się pracodawcy.

Świadomi kryzysu

- Czy studia doktoranckie będą opłacalne, zależy od planów zawodowych danej osoby - twierdzi Krzysztof Inglot, rzecznik prasowy agencji Work Service. - Jeśli planujemy karierę naukową lub pracę w zawodzie, który wymaga pogłębionej wiedzy z danej dziedziny, doktorat może nam w tym pomóc i będzie stanowił naturalny wybór na pewnym etapie rozwoju. Jeśli natomiast chcemy ubiegać się o pracę, w której bardziej pożądane będą umiejętności praktyczne, dodatkowy dyplom w postaci doktoratu nie będzie miał znaczenia. Pracodawcy i tak bowiem będą weryfikować nasze doświadczenie zawodowe. Doktorat może wzmocnić naszą kandydaturę na dane stanowisko tylko wtedy, gdy spełnimy wszystkie pozostałe kryteria rekrutacyjne.

Ewelina Wojciechowska, doktorantka na pierwszym roku nauk o polityce na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, prezeska fundacji Toruńska Inicjatywa Obywatelska, zdaje się nie podzielać nastrojów, o których mówił Leszek z Bydgoszczy. Przynajmniej na razie. - Doktorat to dla mnie doskonała szansa na rozwinięcie swoich pasji, bo pracę będę pisała o zjawisku przywództwa w organizacjach pozarządowych - mówi. - Dzięki tym studiom mam możliwość poszerzyć swoją wiedzę, mieć swój wkład w rozwój nauki w wybranym przeze mnie obszarze - mówi Ewelina, choć po chwili dodaje: - Mogę też skorzystać z dodatkowych możliwości, jak np. z tańszego podróżowania w Polsce i za granicą.

Z jakim nastawieniem przychodziła na doktorat? - W pierwszej kolejności zamierzałam poszerzyć swoją wiedzę w wybranym przeze mnie obszarze i przeprowadzić badania naukowe - mówi Ewelina. - Ale jednocześnie jestem nastawiona na zdobywanie tylko takiej wiedzy, którą można wykorzystać w praktyce. Moim ostatecznym celem jest obronić rozprawę doktorską, która będzie w przyszłości przyczyniała się nie tylko do rozwoju danej dziedziny nauki, ale przede wszystkim pomoże mi w pracy zawodowej.

W słowach Eweliny słychać pokorę wobec naukowej funkcji studiów doktoranckich, ale także odrobinę pragmatyki. - Jestem świadoma tego, że mamy do czynienia z kryzysem humanistyki w Polsce - odpowiada zapytana o plany po obronie doktoratu. - Tytuł naukowy doktora w zakresie nauk o polityce nie gwarantuje dzisiaj zatrudnienia na uczelni. Dlatego na tych studiach motywuje mnie bardziej perspektywa kariery zawodowej niż chęć spełnienia naukowych ambicji.

Życie dwutorowe

Michalina (imię zmienione) jest na drugim roku doktoratu z językoznawstwa na UMK i jednocześnie pracuje na umowę-zlecenie w dużym koncernie medialnym, w którym odpowiada za strategie marketingowe. W ten sposób realizuje własny pomysł na życie: spełnia naukowe ambicje i zdobywa doświadczenie, by po skończonych studiach nikt jej nie zarzucił braków w CV.

Jak łączy te dwie aktywności? - Z pomocą polskiej kolei i znajomych, którzy pozwalają mi nocować u siebie w Toruniu - uśmiecha się. - Tak naprawdę, jeśli się chce, można zrobić wiele. Jedyny minus tej sytuacji to brak możliwości prowadzenia zajęć ze studentami, o czym kiedyś marzyłam. Ale z resztą się wyrabiam.

Pracę dostała kilka dni przed egzaminem wstępnym na doktorat. Nie wahała się ani chwili. - Trafiłam do dobrej firmy, dostałam solidne zarobki, a wiedziałam, że na uczelni albo nie dostanę stypendium, albo będzie ono bardzo skromne - mówi. - Podczas rozmowy kwalifikacyjnej usłyszałam, że moje studia mogą być małym kłopotem przy ustalaniu grafiku, ale moja przyszła szefowa była zdeterminowana, żeby mnie przyjąć. Może to dlatego, że w tej firmie pracują otwarci, luźni ludzie, którzy wiedzą, że doktorat to nie zakon, i że pracę można pisać w weekendy albo nocami. Do dziś szefowa chwali mnie, że skoro byłam taka pewna, że pogodzę doktorat z pracą, to muszę być pracowitą dziewczyną. Staram się jej nie zawieść.

Zdaniem Michaliny doktoranci nie powinni obawiać się startu na rynku pracy. - Przeciwnie: powinni od początku nastawiać się na to, że nie zostaną na uczelni - twierdzi. - I układać sobie życie dwutorowo: w pracy zawodowej, z której się utrzymają, i na studiach, które dadzą im rozwój. Dzisiejsza sytuacja na rynku pracy sprzyja takiemu modelowi. Skoro pracodawcy nie chcą nam, młodym, dawać umów o pracę, a zastępują je elastycznymi rozwiązaniami, też bądźmy elastyczni. Projekt się nie rozsypie, jeśli ogarniemy go przez maila, a nie osobiście. Dobry szef jest tego świadomy i docenia, jeśli potrafimy się tak zorganizować. A noce są po to, żeby je zarywać. Na przykład nad doktoratem.



Skomentuj:
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Wydarzenia rynku pracy

Jak szukać pracy