Szkolimy się na potęgę

Karolina Łagowska
28.07.2009 , aktualizacja: 29.07.2009 17:21
A A A
Większe wymagania wobec firm i negocjowanie stawek - tak. Ale nie zmniejsza się zapotrzebowanie na szkolenia w firmach. Wręcz przeciwnie, wielu szefów szkoli się dodatkowo: pod kątem przetrwania kryzysu.
Bezpłatne kursy i szkolenia

Wydawałoby się, że w czasie, gdy wiele firm ledwo wiąże koniec końcem, wydatki na szkolenia będą tymi, z których najłatwiej zrezygnować przy okrojonym budżecie. Tym bardziej, że jesteśmy przyzwyczajeni do narzekań pracowników, którzy skarżą się, że służbowe szkolenia to nuda i przykry obowiązek. Tymczasem - przekonują fachowcy - jest zupełnie inaczej. Rynek szkoleń w Polsce przechodzi delikatne przeobrażenia, ale nie jest to ani zapaść, ani totalna rewolucja.

Od pracownika po szefa

- Jaki kryzys? Nawet jeśli jest kryzys, my go zupełnie nie odczuwamy - mówi Agnieszka Opszała, wiceprezes zarządu i współwłaścicielka warszawskiej firmy szkoleniowej B&O Navigator. Firma szkoli głównie średnie przedsiębiorstwa będące liderami w swojej dziedzinie rynku. Wśród klientów mają np. pracowników banków, farmaceutów, budowlańców, pracowników sieci telefonii komórkowych, a nawet firmy dostarczającej środki spożywcze do piekarń. Do listy kilkudziesięciu zadowolonych klientów zdobytych w ciągu ośmiu lat istnienia firmy w szybkim tempie dołączają kolejni. B&O Navigator wcale nie ma mniej pracy niż dotychczas. - A wręcz przeciwnie. Mamy sygnały z rynku pracowników mówiące o tym, że właśnie teraz wiele osób decyduje się na zmianę pracy, przez co wśród personelu robi się rotacja. Żeby zapobiec odchodzeniu ludzi, firmy w nich inwestują, nie tylko przez podwyżki, ale właśnie również poprzez bardzo atrakcyjne szkolenia - mówi Agnieszka Opszała.

Ze szkoleń korzystają więc firmy, które chcą zatrzymać pracowników oraz te, które muszą wyszkolić sobie pracowników rozpoczynających dopiero pracę dla nich. Najpopularniejsze tematy kursów (dla pracowników) to "sposoby skutecznej sprzedaży" i "obsługa klienta". Z kolei dla kadry - motywowanie pracowników.

Tanie znaczy kiepskie?

Szkolenia B&O Navigator zwykle trwają dzień lub dwa, mogą być wyjazdowe lub prowadzone dla niewielkiej grupy w firmie. Nie są tanie. Za 8-godzinne, jednodniowe szkolenie trzeba zapłacić 985 zł, za dwudniowe - 1765 zł, a gdy do tego dochodzi nocleg - jeszcze 130 zł więcej. Zapraszając szkoleniowców do firmy, za dzień pracy trzeba im zapłacić od 3,5 do prawie 5 tys. zł. - To branża, w której cena przekłada się na jakość. Na szkoleniu za 100 czy 200 złotych po prostu nie będzie ani dobrego trenera, bo tacy mają wysokie stawki, ani małej grupy. A od tego zależą wyniki - mówi Agnieszka Opszała.

Nieraz jej firmę proszono o poprawienie któregoś ze szkoleń po innej firmie. - To najgorsze, bo ludzie już raz stracili czas (a firma pieniądze) i mają świadomość, że nic im to nie dało. Zaufać trenerowi po raz kolejny jest o wiele trudniej - tłumaczy.

Są szkolenia, jest praca

Ze szkoleń nie zrezygnowano w dolnośląskim oddziale firmy Telecopy zajmującej się sprzedażą, dystrybucją i serwisem urządzeń biurowych. Pracownicy wysyłani są na szkolenia do centrali firmy w Warszawie przynajmniej raz w miesiącu, a bywa, że i co dwa tygodnie. Justyna Romanowska z Telecopy: - To szkolenia dotyczące oferowanych przez nas produktów. Prowadzą je przedstawiciele firm produkujących ten sprzęt, w końcu nikt nie zna się na tym tak dobrze, jak oni. A my musimy wiedzieć, co oferujemy klientowi i jak tego używać, dlatego nie ma mowy, żeby zrezygnować nawet z części szkoleń.

Mimo że także firma Telecopy odczuwa chwilowe wyhamowanie na rynku, jej pracownicy nadal będą się szkolić tak samo intensywnie, jak przed kryzysem. Każde szkolenie to koszt minimum 500 złotych. - Poziom naszych usług zależy bezpośrednio od naszej wiedzy, a to wszystko przekłada się również na zarobki. Obcięcie szkoleń mogłoby się skończyć dla nas fatalnie i nie byłyby to oszczędności w budżecie, a głupota - wyjaśnia Romanowska.

Mundurowych szkolą koledzy

Nawet jeśli kryzysu nie widać w renomowanych firmach szkoleniowych, nie znaczy to, że nikt go nie odczuwa. Spowolnienie gospodarcze mocno przełożyło się na sytuację służb mundurowych, które ze względu na swoją specyfikę są stałym, wiernym i zwykle dobrze wypłacalnym klientem firm z branży szkoleniowej. Finansowe ograniczenia związane z kryzysem ma na przykład wrocławska straż miejska. Zmniejszony budżet miasta sprawił, że i strażnicy dostali mniej pieniędzy. Przełożyło się to nie tylko na zmniejszenie liczby szkoleń, ale i sposób ich doboru. Te, które zostały w planach, wybierane są z namysłem. Sławomir Chełchowski, rzecznik prasowy straży: - W pierwszej kolejności musieliśmy zrezygnować z najdroższych metod dokształcania - kilkudniowych, wyjazdowych oraz niektórych organizowanych na miejscu, takich jak np. szkolenia medialne. Ich cena sięgała 1,3 tys. zł. Chwilowo musimy się bez nich obejść.

Strażnicy nie jeżdżą już na popularne wcześniej szkolenia z prawa administracyjnego czy z zakresu księgowości lub pracy w grupie. - Ich ceny często są po prostu kosmiczne. Przy ograniczonym budżecie nie stać nas na wysłanie choćby kilku osób na dwudniowy wyjazd na Mazury za prawie 2 tys. zł za osobę - mówi rzecznik. - To, na co może sobie pozwolić prywatna firma, dla nas na razie stało się niedostępne.

Strażnicy w dalszym ciągu szkolą się natomiast z tego, co jest w ich pracy niezbędne: pierwszej pomocy, taktyki i technik interwencji, używania pałki tonfa. Po części kursy te prowadzą firmy zewnętrzne, ale - na ile się uda - strażnicy starają się nie płacić za to, czego po koleżeńsku mogą nauczyć ich choćby policjanci czy pracownicy pogotowia. - Uczymy się nawzajem tego, co się da. Współpraca jest bardzo dobra: korzystamy z sal i ze sprzętu innych służb oraz z czasu ich instruktorów. I sami się rewanżujemy. Tak jest dla wszystkich korzystniej i po prostu taniej - mówi rzecznik. Co ciekawe, strażnicy są bardzo zadowoleni z ostrej selekcji szkoleń. - Nie ukrywajmy, nasza praca wymaga ciągłego dokształcania w wielu dziedzinach. To oznacza wiele kursów. Zdarzało się, że wśród nich pojawiły się i takie, z których strażnicy wracali rozczarowani i niezadowoleni - przyznaje. Tak było z jednym ze szkoleń z przyjmowania skarg od petentów. - Mimo, że wykłady prowadziła osoba kompetentna, pracownik administracji publicznej, to nasi ludzie wrócili z nich znudzeni, zmęczeni i z poczuciem, że niewiele się nauczyli. Z tego wniosek, że nie każdy, kto szkoli, robi to dobrze. A teraz selekcja jest taka, że żaden byle jaki kurs nie ma prawa się prześlizgnąć - tłumaczy Sławomir Chełchowski.

Ale wrocławscy strażnicy nie ukrywają, że - generalnie - szkolenia lubią. I nie mogą się doczekać, aż budżet pozwoli na więcej. - Jedno z najlepszych szkoleń, jakie w życiu miałem - pojechaliśmy do Białki Tatrzańskiej. Wykłady dotyczyły metod pisania programów profilaktycznych, razem z nami szkolili się też samorządowcy. Wykładowcy przyjechali z Uniwersytetu Jagiellońskiego i byli niesamowici, a wiedzę przekazywali tak, że nie chciało się stamtąd wychodzić. To była świetna kadra: większość z nich to byli doktorzy, pasjonaci, hobbiści, niesamowici ludzie. Bardzo dużo dały nam zajęcia, na których uczyli technik prowadzenia zajęć z młodzieżą, bo uczyli tego kompleksowo: od tego, jak poprowadzić zwykły wykład, aż po psychologię młodzieży i sposób docierania do niej. Kosztowało to około tysiąc złotych za osobę, ale to były chyba najlepiej zainwestowane pieniądze na szkolenia - wspomina rzecznik wrocławskiej straży miejskiej.

Szansa na sukces właśnie teraz

Ostrożniejsze, bardziej wybredne podejście firm do tematu szkoleń i mniej pieniędzy w firmowych budżetach sprawia, że zmienia się cały rynek szkoleń. Oferty firm szkoleniowych stają się coraz bardziej ukierunkowane i ograniczone do tematów, które teraz cieszą się największym zainteresowaniem. Agnieszka Majewska-Kunat z firmy Ego Public Relations: - W naszym przypadku są to głównie szkolenia dla kadry zarządzającej, bo od kilku miesięcy obserwujemy duży wzrost zainteresowania szkoleniami indywidualnymi właśnie dla tej grupy. O ile jeszcze rok, czy dwa lata temu prezesi i właściciele firm deklarowali, że nie mają czasu na szkolenia, dziś sami o nie zabiegają i dostrzegają ich wartość. Interesują ich tematy komunikowania trudnych decyzji, rozwiązywania konfliktów, aktywnego wspierania procesów decyzyjnych, ale także prowadzenia spotkań z pracownikami, związkami zawodowymi oraz temat treningów medialnych. Szefowie firm nie korzystają ze szkoleń grupowych. Wymagają indywidualnej pracy warsztatowej, często dostosowanej do mocno napiętego kalendarza spotkań i najchętniej w siedzibach ich firm.

Do Ego PR zgłasza się też coraz więcej ekspertów z różnych branż, a także przedstawicieli kadry zarządzającej średniego i wyższego szczebla, którzy są zainteresowani doradztwem wizerunkowym. Osoby nastawione na intensywny rozwój kariery, często specjaliści w bardzo wąskiej branży, właśnie w czasach kryzysu liczą na dynamiczne przyśpieszenie własnej kariery i ugruntowanie pozycji autorytetu w środowisku. Firmy szkoleniowe często też proszone są o szkolenia dotyczące społecznej odpowiedzialności biznesu. - Klienci są zainteresowani, w jaki sposób tworzyć programy, które byłyby odpowiedzią na realnie istniejące problemy społeczne; jak zachęcić do udziału w nich własnych pracowników, efektywnie współpracować z otoczeniem i umacniać wizerunek firmy - wylicza Agnieszka Majewska.

Kryzys uporządkuje rynek

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, na rynku mamy ponad 1,5 tysiąca firm szkoleniowych. Większość z nich to firmy średnie, działające już co najmniej kilka lat, mające swoją klientelę. Ale i w tej branży nie brakuje firm-krzaków, prowadzonych przez ludzi do tego nieprzygotowanych, natomiast liczących na szybki zarobek w zamian za minimum wysiłku. - Właśnie takich przedsiębiorców zweryfikuje kryzys - uważają eksperci. Bo w czasach, gdy firmy uważnie oglądają każdą złotówkę przed jej wydaniem, nie ma miejsca na nierzetelnych szkoleniowców. Liczą się tylko profesjonaliści i oni poradzą sobie w każdych warunkach gospodarczych.

Taką tezę potwierdzają wnioski z najnowszego raportu opublikowanego przez Polską Izbę Firm Szkoleniowych. Z badań przeprowadzonych w pierwszym kwartale 2009 roku wynika, że "polityka szkoleniowa małych i średnich firm realizowana w 2008 roku nie ulegnie istotnej zmianie w roku 2009". Firmy będą zatem nadal szkolić, ale większą uwagę skupią na efektach tych szkoleń oraz adekwatności pobieranych za nie wynagrodzeń.

Co ciekawe, także przyszłość większości firm nierozerwalnie związana jest z decyzjami na temat szkoleń, które podejmowane są teraz. Mówiąc wprost: według ekspertów, kłopotów unikną tylko te firmy, które zamiast zwalniać zdecydowały się odpowiednio szkolić i przetrwać trudną sytuację gospodarczą. Bo koniec kryzysu jest już bliżej niż dalej. Piotr Piasecki, Prezes Polskiej Izby Firm Szkoleniowych: - Ciągle obserwujemy myślenie o kapitale ludzkim jako o zasobie, którego redukcja i odtworzenie jest możliwa w dowolny sposób i w dowolnym czasie. A wydatki ponoszone na rzecz kapitału ludzkiego, na przykład na szkolenia, w dalszym ciągu traktowane są jako koszt pracy, a nie inwestycja. Przekonanie, że po ustąpieniu dekoniunktury, powróci stara rzeczywistość rynkowa, jest błędne. - Nie można tak po prostu redukować zatrudnienia, mając na uwadze tylko oszczędności, bo to może oznaczać ubytek bardzo cennego dla firmy kapitału ludzkiego.

Jaki będzie tego efekt, pokazuje sytuacja sprzed kilku lat, kiedy po okresie zwolnień spowodowanych załamaniem gospodarczym, pojawił się problem ze znalezieniem odpowiedniej kadry. - Dlatego nie mają się czego obawiać tylko firmy, które teraz dbają o swoich pracowników i w nich inwestują - mówią specjaliści.





Partner akcji:



ZOBACZ TAKŻE
Skomentuj:
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Wydarzenia rynku pracy

Jak szukać pracy